Nowy rok okazuje się, jak na razie, łaskawy dla cen metali szlachetnych, przynosząc kontynuację ubiegłorocznej hossy. Notowania złota szybko otrząsnęły się po chwilowej korekcie w końcówce grudnia i są w chwili pisania tego komentarza prawie 9,5 proc. na plusie od początku roku. A przecież żółty metal ma za sobą już trzy kolejne lata z dwucyfrowymi stopami zwrotu, w tym z prawie 65-proc. zwyżką w samym 2025 roku.

W najnowszym sondażu Bank of America wśród zarządzających funduszami to właśnie złoto zostało uznane za „najbardziej zatłoczony” temat inwestycyjny, co świetnie wpisuje się w debatę na temat tego, czy aktywo to nie jest już przypadkiem w fazie silnego przegrzania koniunktury. Na razie jednak obawy te, jak widać, przegrywają z dwiema kwestiami: (a) sprzyjającym otoczeniem geopolitycznym i (b) popytem banków centralnych.

Nieprzypadkowo najlepszy od końcówki lat 70. okres dla złota zbiegł się w czasie z drugą prezydenturą Trumpa, która co rusz przynosi kolejne działania destabilizujące ustalony od dekad ład światowy, które przy okazji podważają globalne zaufanie do amerykańskich obligacji i dolara. Nowe rekordy złota nie dziwią też w kontekście działań niektórych banków centralnych. Pod tym względem trudno przejść obojętnie wobec deklaracji prezesa NBP Adama Glapińskiego, który chce zwiększenia rezerw szlachetnego metalu do 700 ton, czyli o kolejne 150 ton. Wg. naszych wyliczeń NBP odpowiadał za mniej więcej 1/3 zakupów netto wszystkich banków centralnych w latach 2023–25.