Politycy szukają dla obywateli nowych form oszczędzania, które zastąpią lub wzbogacą niskie emerytury. Sprawa jest prosta. Sprawdzoną formą dobrej lokaty lub inwestycji są różne formy kolekcjonerstwa. Należy tylko rozwinąć edukację w tej dziedzinie. Przez lata systematycznie wydajesz kwoty bez uszczerbku dla budżetu domowego. Po 20–30 latach sprzedajesz pojedyncze obiekty lub całość. Jest jeden warunek powodzenia. Kolekcjoner powinien być podmiotem zakupów, musi się znać na kupowanych przedmiotach, musi je kochać.

Możliwe jest skuteczne oszczędzanie w każdym przedziale cenowym. Podam kilka przykładów. Ryszard Kucharski, przed laty prezes Krakowskiego Klubu Kolekcjonera, opowiadał mi, jak sprzedał okazyjnie kupione starocie i kupił dom letniskowy. Dom stał się miejscem zjazdów rodziny, integrował ją. Już samo to było wielkim zyskiem.

Kucharski całymi dniami wysiadywał w klubie. O różnych porach przychodzili tam pracownicy zakładu oczyszczania miasta i oferowali antyki znalezione na śmietnikach... W Warszawie do dziś tzw. starocie oraz unikalne i drogie książki wyrzucane są na śmietnik. Czasami są to prawdziwe skarby. Ktoś wyrzucił np. książkę Józefa Czapskiego z odręczną dedykacją dla jego przyjaciela, poety Władysława Broniewskiego.

Wiedza procentuje

Lubiany pisarz prof. Aleksander Krawczuk jest bibliofilem. Przed laty specjalnie sprzedał fragment zbioru, żeby sfinansować remont domu, bo z emerytury nie dałby rady. Wielki kolekcjoner Tomasz Niewodniczański miał światowej klasy zbiór starych map. Zawsze planowo kupował dublety rzadkich map, aby sprzedawać je w wieku emerytalnym. Kilkanaście lat temu udzielił mi wywiadu, gdy za sprzedane dublety kupił sobie bajeranckie BMW.

Na aukcjach po kilkaset złotych kupowane są książki wydane w PRL, ilustrowane przez wielkich artystów, np. Tadeusza Kantora czy Jana Młodożeńca. Dziesięć lat temu można je było upolować za 5–10 zł. Na wystawie w muzeum widziałem kilkadziesiąt takich książek ze zbioru bibliofila – kupował je za grosze.

Dziś po kilkanaście tysięcy lub drożej kupowane są międzywojenne druki awangardowe. Pamiętam, kiedy w latach 70. kupował je wybitny bibliofil Jan Straus, to obserwatorzy pukali się w czoło z politowaniem, że interesuje się takim szpargałami. Wtedy Straus debiutował jako kolekcjoner. Tylko on zbierał te druczki, znalazł niszę dla siebie. Ważny jest pomysł!

Na jednej z ostatnich aukcji numizmatycznych kolekcjoner sprzedał monetę, którą parę lat wcześniej kupił drożej. Stracił? Nie! Za uzyskaną kwotę kupił siedem innych monet w okazyjnie niskich cenach. Po ich sprzedaży ma zagwarantowany zdecydowanie wyższy zysk. Regułą jest, że w pewnym momencie kolekcja zarabia sama na siebie i przy okazji na kolekcjonera.

Brak u nas edukacji w dziedzinie kolekcjonerstwa. Zorganizowano nieliczne wystawy prywatnych zbiorów, np. w Muzeum Narodowym w Krakowie i w Zamku Królewskim w Warszawie. W ten nurt skutecznie włączyła się Giełda Papierów Wartościowych. Szeroko komentowana była wystawa fragmentu cennej kolekcji historycznych papierów wartościowych Ryszarda Kowalczuka.

Wystawa kolekcji Svetlik Art Foundation

Ostatnio Fundacja im. Lesława A. Pagi zorganizowała wystawę muzealnej klasy abstrakcyjnych obrazów, które należą do Svetlik Art Foundation. Zachwyt budziły obrazy m.in. Wojciecha Fangora i Adama Marczyńskiego. Reprodukujemy kompozycje Henryka Stażewskiego, Jerzego Tchórzewskiego i Józefa Jaremy. Zorganizowano także wystawę obrazów Marii Wollenberg-Kluzy.

Kogo stać na wybitne dzieła klasyków powojennej sztuki? Każdego, kto się na tym zna. Kolekcjoner i marszand Andrzej Starmach najwybitniejsze dzieła Władysława Hasiora przed laty tanio kupował na lokalnych aukcjach w krajach skandynawskich. Dzieła Hasiora trafiły tam w latach 60. Dziś Hasior kupowany jest w kraju po pół miliona lub drożej.

Teraz okazyjnych zakupów można dokonać np. na rynku zabytkowych mebli. Rynek ten od lat pikuje jak zestrzelony samolot. Ceny są wielokrotnie niższe niż dziesięć lat temu. Możesz zostawić wnukom mebel na pokolenia. Stanie się on rodzinną pamiątką i to jest największy zysk.

Zmalało zainteresowanie, choć jeszcze w latach 90. i na początku tego stulecia pewien rodzaj zabytkowych mebli był tylko na zapisy. Bardzo chętnie kupowano sekretery lub bogato przeszklone serwantki. We współczesnych wnętrzach stanowiły one jedyny stylowy akcent, nadawały wnętrzu nastrój. Dlaczego zmalało zainteresowanie?

Dom aukcyjny Rempex (www.rempex.com.pl) od lat na comiesięcznej aukcji wystawia meble. Marek Lengiewicz z Rempeksu załamanie rynku tłumaczy przede wszystkim zmianami obyczajowymi.

– W latach 90. w rezydencjach lub apartamentach obowiązkowo urządzano salon, aby przyjmować gości. Dziś gości zapraszamy do ekskluzywnych restauracji, więc wystrój salonu przestał być potrzebny. Architekci wnętrz i czasopisma wnętrzarskie propagują wyłącznie wystrój ze szkła i metalu – przekonuje Lengiewicz.

Opłaca się wiedzieć, że zabytkowy mebel może być „odnowiony" tylko z myślą o tym, żeby efektownie wyglądał w chwili sprzedaży. Nie wiemy, w jakim stanie był pierwotnie. Może został podszykowany byle jak najtańszymi, nieodpowiednimi materiałami?

Warto uważać na na tzw. składaki, gdy mebel został wtórnie złożony z obcych elementów. Jeśli mebel jest zniszczony, to pamiętajmy, że cena konserwacji może być szokująco wyższa od ceny mebla. Remont może być nieopłacalny lub niemożliwy.

Optymalna jest sytuacja, kiedy możemy obejrzeć stan mebla przed konserwacją. Taką możliwość stwarza oferta firmy Antyki Gniezno (www.antyki.gniezno.pl). W składzie mamy do wyboru kilkaset obiektów. Przy zakupie dostajemy dokumentację fotograficzną na różnych etapach konserwacji. Konserwacja z zasady wykonana jest tą samą technologią i przy zastosowaniu tych samych materiałów, jakich używano w epoce, kiedy mebel powstał. Reżim technologiczny zapewnia trwałość.

W ofercie firmy z Gniezna wyróżnia się np. sekretera z około 1820 roku. Jej front zdobią dwa pełnoplastyczne delfiny wyrzeźbione w mahoniu. Wybitnej urody mebel kosztuje 45 tys. zł. Czy to dużo? Zamożny wnuczek może kupić taki mebel babci. W szufladkach babcia przechowa rodzinne pamiątki dla następnych pokoleń.

W stolicy niewiele antykwariatów handluje meblami. Zajmują one wiele miejsca, a antykwariaty są coraz mniejsze z powodu lawinowo rosnących czynszów. Wysokiej klasy meblami handlują właściwie tylko dwie firmy. Galeria MDM (www.artinfo.pl) oferuje nierzadko meble pochodzące z magnackich siedzib, odzyskane przez spadkobierców z muzealnych depozytów. Nie wszystkie meble prezentowane są w internecie.

W stołecznym antykwariacie Connaisseur (www.connaisseur.art.pl) można trafić muzealnej klasy meble nierzadko z XVII stulecia. Zaopatrują się w nie największe muzea, w tym np. Muzeum Narodowe w Warszawie. Oczywiście pod warunkiem, że znajdzie sponsora.

janusz.miliszkiewicz@parkiet.com