Nie widać sygnałów ewentualnej korekty, ale z jej nadejściem trzeba się liczyć. Klucze do kontynuacji zwyżki nieodmiennie dzierżą banki centralne.
Frankfurt ściga się z Londynem
Nieprędko dowiemy się, kto na Brexicie straci, a kto zyska. W oczekiwaniu na rozstrzygnięcie tej kwestii, możemy emocjonować się rywalizacją między dwoma głównymi europejskimi parkietami. Na razie w większości konkurencji przewagę ma Londyn, ale Frankfurt ostatnio wyraźnie przyspiesza. Od początku roku FTSE100 zyskuje prawie 11 proc., podczas gdy DAX wychodzi na zero. Ten pierwszy w miniony czwartek plasował się na poziomie najwyższym od czerwca ubiegłego roku i do kwietniowego szczytu brakuje mu niespełna 3 proc. DAX zbliżył się do wartości z ostatniego dnia grudnia 2015 r., a dystans dzielący go od rekordu wynosi aż 15 proc. Jeśli przyjąć, że na koniunkturę giełdową istotny wpływ ma kondycja i perspektywy gospodarki, warto raczej stawiać na wskaźnik z Frankfurtu. Prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego dla dynamiki niemieckiego PKB na przyszły rok sięgają co prawda skromnych 1,2 proc., a oczekiwania dla Wielkiej Brytanii wynoszą 1,3 proc., ale nie brakuje opinii, że ta ostatnia jest o krok od recesji. Porównując z kolei potencjał i pole dla polityki pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego i Banku Anglii, można by się spodziewać kontynuacji hossy w Londynie.
Jednak im krótszy dystans bierzemy pod uwagę, tym bardziej uwidacznia się przewaga DAX nad FTSE. Wskaźnik z Frankfurtu w trakcie pierwszych czterech sesji minionego tygodnia zyskał 3,6 proc., a więc dwukrotnie więcej niż indeks londyński. Dotychczasowy dorobek sierpniowy daje jednopunktową przewagę DAX-owi. Od „brexitowego" dołka oba wskaźniki wzrosły po 15 proc., a licząc od tegorocznego minimum z lutego FTSE zyskał 25 proc., podczas gdy DAX poszedł w górę o 23 proc.
Nowy Jork nie zamierza odpuszczać
Malkontenci nie ustają w poszukiwaniu dziury w całym, czyli argumentów przemawiających przeciw trwałości zwyżek ma Wall Street. Rośnie liczba rynkowych guru, przekonujących, że nie warto mieć akcji lub straszących zbliżającym się załamaniem. Tymczasem amerykańskie indeksy nic sobie z tego nie robią i idą w górę. Od kilku tygodni poruszają się ślamazarnie, ale konsekwentnie, podnosząc co pewien czas poprzeczkę historycznych rekordów. Charakterystyczny jest fakt, że odbywa się to bez śladu jakichkolwiek emocji, które zwykle towarzyszą ustanawianiu kolejnych szczytów. Nie widać też chętnych do realizacji zysków.
Ten „beznamiętny" charakter obecnej fazy hossy może wynikać z tego, że popyt w znacznym stopniu generują same spółki, skupujące swoje akcje. Potwierdzeniem tej tezy mogą być dane dotyczące tego zjawiska, jak i mówiące o gigantycznych zasobach wolnej gotówki, będącej w posiadaniu amerykańskich firm, której wartość agencje ratingowe szacują na 1,7–1,8 bln dolarów. Niewielka zmienność zazwyczaj sugeruje zbliżanie się większego ruchu, ale na razie nie widać wyraźnego impulsu, który mógłby do tego doprowadzić. Taki stan „uśpienia" może trwać wiele miesięcy. Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia w ubiegłym roku, gdy od lutego do połowy sierpnia S&P500 poruszał się w przedziale od 2040 do 2130 punktów. Późniejsze 11-proc. tąpnięcie, trwające zaledwie dwa tygodnie, hossy nie zakończyło, podobnie jak 9-proc. korekta z początku obecnego roku. Oba przypadki stanowiły dobrą okazję do uzupełnienia portfela. Choć strategia „kup i trzymaj" ma wielu przeciwników, patrząc na amerykańską giełdę, wypada przyznać, że przynajmniej tam nie jest ona pozbawiona sensu.