Początek roku został niewątpliwie zdominowany przez tematy geopolityczne. To na nich, a także na potencjalnej eskalacji napięć handlowych na linii USA–UE, skupia się w ostatnich dniach uwaga inwestorów.
Zupełnie niezauważony pozostaje przez to sezon wynikowy w USA, który powoli zaczyna się rozkręcać. Oczekiwana dynamika wzrostu zysku na akcję w indeksie S&P 500 w IV kwartale szacowana jest na ponad 8 proc. r/r. Co ciekawe, na przestrzeni ostatniego kwartału analitycy sukcesywnie rewidowali w górę swoje prognozy – jest to zjawisko niecodzienne, ponieważ historycznie tendencje bywały zazwyczaj odwrotne. Czyżby analitycy wyciągnęli wnioski z poprzednich kwartałów, które charakteryzowały się wyjątkowo dużym niedoszacowaniem skali poprawy wyników?
Geopolityka to jednak nie wszystko – rozpoczynający się sezon wynikowy w USA został w ostatnim czasie przyćmiony również innymi kontrowersyjnymi pomysłami prezydenta Donalda Trumpa. Pomimo dobrych wyników banków, ich akcje pozostawały pod presją obaw związanych z propozycją wprowadzenia rocznego limitu oprocentowania kart kredytowych na poziomie 10 proc.
Do tego typu ingerencji podchodzimy oczywiście krytycznie: na pierwszy rzut oka limit ten może wydawać się korzystny dla konsumentów, jednak w tym przypadku należy spojrzeć na sprawę szerzej. Implementacja maksymalnego oprocentowania może bowiem ostatecznie doprowadzić do wykluczenia części kredytobiorców o niższej wiarygodności kredytowej, którzy do tej pory kompensowali ryzyko banku wyższym oprocentowaniem.
Jak widać, wchodzimy powoli w kampanię przed listopadowymi wyborami połówkowymi w USA – ma to zarówno złe, jak i dobre strony. Zaletą zbliżających się wyborów może być fakt, że Biały Dom nie pozwoli tak łatwo na załamanie hossy na Wall Street. Efekt majątkowy wśród Amerykanów jest ogromny i ma realny wpływ na konsumpcję, a tym samym na wynik wyborczy. Skoro więc największe źródła ryzyka znajdują się w Białym Domu, wybory mogą stanowić swego rodzaju „bezpiecznik”.