Od początku roku MF sprzedało obligacje oszczędnościowe za prawie 29 mld zł i ubiegłoroczny rekord, który wydawał się kosmicznym osiągnięciem (w latach 2007–2017 roczna sprzedaż obligacji oszczędnościowych nie przekraczała 7 mld zł, z reguły mieściła się między 2–3 mld zł) został już pobity.

Dla porównania – w pierwszej po wakacjach prospektowej emisji publicznej PragmaGo ubiega się o 17 mln zł, a na ich zebranie daje sobie dwa tygodnie. Łączna wielkość pojedynczych emisji obligacji Bestu i Kredyt Inkaso nie przekroczy raczej średniej dziennej sprzedaży obligacji oszczędnościowych.

Za sukcesem emisji obligacji oszczędnościowych stoi oczywiście skromna oferta depozytów bankowych, a nie flauta na rynku obligacji korporacyjnych. Niemniej, każda emisja papierów korporacyjnych rywalizuje o względy inwestorów także z emisjami papierów oszczędnościowych. O ile 1 proc., jaki można otrzymać za dwuletnie papiery, to poprzeczka zawieszona równie nisko co oprocentowanie równe stawce WIBOR6M za papiery trzyletnie (od drugiego okresu odsetkowego), o tyle obligacje antyinflacyjne to już inna liga. W sierpniu inflacja wyniosła 5,5 proc., kupione przed rokiem czterolatki w październiku wejdą w nowy okres odsetkowy z kuponem 6,25 proc. Nawet jeśli uśrednimy ten wynik z 1,3 proc. z pierwszego roku inwestycji, nawet jeśli w kolejnych latach inflacja spadłaby do 2,5 proc., czyli w sam środek celu RPP, średnie oprocentowanie i tak wyniosłoby 3,5 proc. A przecież inflacja nie spadnie do 2,5 proc.

Jednak nawet licząc na niekorzystny wynik, owe 3,5 proc. może być benchmarkiem dla obligacji korporacyjnych. A gdzie premia za ryzyko? Oczywiście trochę to jest porównywanie gruszek z winogronami. Inflacja może w przyszłości przejściowo spadać, a WIBOR może znajdować się znacznie wyżej niż dziś. Niemniej, jakąś premię za ryzyko kredytowe trzeba inwestorom zapłacić.