Jednocześnie nie można pominąć faktu, iż spadek WIG20 poniżej 1045 pkt., gdzie znajdowała się luka hossy z 10 października otwiera drogę do ataku na ubiegłoroczny dołek. Pytaniem pozostaje, czy to wsparcie zostanie pokonane z marszu, co jest chyba mniej prawdopodobne przy obecnym stopniu wyprzedania rynku, czy też odbijemy się od jego okolic i zaatakujemy po krótkiej korekcie. Dzisiejsze notowania na to pytanie powinny pomóc odpowiedzieć.

W kontekście rynków zagranicznych warto zwrócić uwagę na jeden element. Choć giełdy amerykańskie pozostawiły sobie po ostatniej sesji szanse na kontynuację odbicia, to rynki, które do tej pory były najsilniejsze i pozostawały powyżej jesiennych minimów, w ostatnim czasie zachowują się gorzej od rynków rozwiniętych. Zatem obawa o to, że dotychczasowa różnica zostanie zatarta, nie jest bezzasadna. Wystarczy spojrzeć na brazylijską Bovespę, węgierski BUX-a, meksykański IPC, czy japoński Nikkei. Wydaje się, że bessa pożera kolejne ofiary i jedyne porównanie, jakie przychodzi mi na myśl to to z okresem hossy internetowej, gdzie gorączka zakupów obejmowała z każdym tygodniem coraz to nowe kraje. Teraz nie jest to gorączka zakupów, tylko gorączka sprzedaży.

WIG20 zaczął notowania na poziomie wczorajszego zamknięcia, ale inwestorzy widząc osuwający się w dół DAX, zaczęli znów wyprzedawać akcje i zepchnęli indeks do 1030 pkt. To oznacza stratę 1%. Obroty są duże i wynoszą ponad 30 mln zł, sugerując, że presja podażowa nie słabnie. Niewielkie nadzieje na zatrzymanie zniżek można wiązać z górnym ograniczeniem niewielkiej konsolidacji z października ub.r. przy 1023 pkt. Potem pozostaje już tylko 990 pkt.