Początek tego roku na rynkach przyniósł większy popyt na ryzykowne aktywa, ale w przypadku ropy naftowej mamy w zasadzie cały czas trend boczny. Czy to zapowiedź tego, jaki będzie cały rok na tym rynku?

To, że ceny ropy nie rosną jakoś dynamicznie, oczywiście ma swoją dobrą stronę, bo niższa cena ropy to niższe ceny paliw, co będzie miało odzwierciedlenie w inflacji. Patrząc natomiast na ropę pod kątem inwestycyjnym, to na pewno w tym roku jest wiele elementów, na które trzeba zwrócić uwagę, a które to mogą spowodować, że ceny surowca będą rosły. Mamy chociażby ograniczoną podaż ropy z Rosji i w najbliższych miesiącach należy się spodziewać, że nadal będzie ona spadać. Rosja nie ma za bardzo rynku zbytu na ropę, którą sprzedawała do Europy. Wynika to również z ograniczeń związanych z przesyłem surowca. Do tego dochodzi kwestia nałożonego limitu cenowego. Pod względem podażowym może się więc jeszcze sporo wydarzyć. Ponadto OPEC nie dysponuje jakimiś dodatkowymi mocami produkcyjnymi.

A co z popytem?

Jest szansa, że kraje azjatyckie będą wykazywały relatywnie duży popyt na ropę. Przede wszystkim mamy otwieranie chińskiej gospodarki – jest to czynnik, który przełoży się na mocniejszy wzrost popytu.

Nie należy także zapominać o Indiach, które mogą odegrać znaczącą rolę w przyszłości i siłą rzeczy uwaga rynku będzie koncentrowała się również na tym kraju. Wydaje się więc, że ceny ropy powinny być wyższe, czemu dodatkowo sprzyja tańszy dolar. Zakładam, że rok powinniśmy kończyć w przedziale 90–100 USD za baryłkę ropy Brent.

Czyli poziom 100 USD za baryłkę jest jak najbardziej w zasięgu?

Wydaje mi się, że tak, chociaż w swoich prognozach i tak jestem konserwatywny. Wiele banków inwestycyjnych na świecie spodziewa się, że te ceny będą zdecydowanie wyższe.

Uważam natomiast, że ceny ropy nie mogą być za wysokie, bo to zagroziłoby globalnemu wzrostowi gospodarczemu, a przecież i tak w tym zakresie nadal mamy wiele znaków zapytania. Rynek musi więc uważać, by nie doszło do załamania popytu, szczególnie że popyt będzie bardzo wrażliwy na poziomy cenowe, co zresztą widzieliśmy w ubiegłym roku, kiedy przy ekstremalnie wysokich cenach była mowa o odchodzeniu od ropy. Wydaje mi się więc, że poziom 100 USD za baryłkę powinien być maksymalnym w tym roku w scenariuszu bazowym.

Wyraźny wzrost cen w ostatnim czasie obserwujemy na rynku miedzi. To może być „czarny koń” na rynku surowców, szczególnie w kontekście otwierania się chińskiej gospodarki?

Bez wątpienia otwieranie się chińskiej gospodarki jest kluczowym elementem odbicia notowań, które obserwujemy. Patrząc jednak na fundamenty, z rynku miedzi płyną mieszane informacje. Jeśli chodzi o impuls kredytowy w Chinach, wciąż nie mamy tam do czynienia z jakimś wyraźnym odbiciem, więc trudno mówić o jakichś większych inwestycjach, co może mieć wpływ na wzrost gospodarczy. Z drugiej strony mamy też ekstremalnie niskie zapasy – czy to miedzi, czy nawet ropy naftowej. Jeśli więc na którymś rynku faktycznie pojawi się większy popyt, to może się okazać, że surowców jest po prostu za mało.

Również w przypadku problemów z łańcuchami dostaw cena miedzi może wzrosnąć do naprawdę wysokich poziomów. Banki komercyjne wieszczą nawet, że w tym roku będziemy mieli hossę na miedzi, a cena może dojść do 12–13 tys. USD za tonę. Osobiście aż takim optymistą nie jestem. Wydaje mi się jednak, że poziom 10 tys. USD jest jak najbardziej realny. Nie oczekiwałbym jednak rekordowych cen.

Początek tego roku to także bardzo dobry czas dla metali szlachetnych, przede wszystkim dla złota. W końcu będzie błyszczeć pełnym blaskiem?

Ewidentnie widać, że popyt na rynek metali szlachetnych powrócił. Sprzyja temu przede wszystkim taniejący dolar, otwieranie się chińskiej gospodarki czy coraz lepsza sytuacja w Indiach. W III kwartale poprzedniego roku obserwowaliśmy ponadto ekstremalnie wysoki popyt banków centralnych na złoto, a i w IV kwartale był on bardzo wysoki. Także po stronie spekulacyjnej coraz więcej kontraktów zawieranych jest na odbicie notowań.

Brakuje natomiast jeszcze jednego elementu, który przeważyłby o długoterminowym trendzie wzrostowym. Mam tu na myśli brak dużego popytu funduszy ETF. Na tym rynku wciąż panuje względny spokój. Trzeba natomiast zwrócić uwagę, że coraz lepiej ma się rynek akcji, a to może sprawiać, że ludzie chętniej będą kierowali swoje pieniądze także do funduszy ETF. Inwestorzy starają się teraz uciekać od dolara i będą szukać alternatyw, również na rynku surowców. Jest więc szansa na napływ kapitału do funduszy ETF i tym samym zaczną one kupować złoto. To pozwoliłoby co najmniej na przełamanie poziomu 2000 USD za uncję.

W krótkim terminie ciekawsze może być jednak srebro, które na początku roku nie radziło sobie tak dobrze jak złoto.