Pomysł sprowadza się do tego, aby majątek Lety, która złożyła już wniosek o upadłość, w tym jej należności i zobowiązania, przenieść do utworzonej w tym celu spółki, giełdową firmę zaś przekształcić w biuro podróży. Plan przewiduje nowe emisje - dla wierzycieli (5 mln akcji w zamian za długi) oraz dla nowych inwestorów (10 mln walorów po cenie emisyjnej równej 1 zł). Zdaniem inwestora, gdyby jego plany powiodły się, dotychczasowi akcjonariusze Lety i wierzyciele mogliby zyskać. Jeśli nie, w zasadzie nic nie tracą. Kluczowym zagadnieniem jest jednak dopływ nowych środków z tytułu emisji akcji. Kto miałby objąć papiery?
- Prowadzę rozmowy z kilkoma instytucjami, w tym jedną bardzo dużą, ale nie chciałbym wymieniać nazw. Jeśli dostałbym 2-3 miesiące na realizację swoich planów w Lecie, przekonałbym je do inwestycji - twierdzi Krzysztof Perz. Sam ma w tej chwili 100 akcji spółki i nie przewiduje dużych inwestycji, choć nie wyklucza zakupu kilkudziesięciu tysięcy walorów.
W jego ocenie, spółka powinna zostać biurem turystycznym, które - zwłaszcza w pierwszym okresie działalności - zajęłoby się czarterem jachtów. Inwestor prowadził już taką działalność, ale jego spółka cywilna upadła. - Zdaję sobie sprawę, że to nie jest dobra rekomendacja, ale potrafię udowodnić, że tym razem byłoby inaczej. To był splot różnych obiektywnych czynników, takich jak wojna w regionie Bałkanów, ale o potencjale rynku świadczy fakt, że w 1998 r. wysłałem do Grecji ponad 800 osób - twierdzi.
Z naszych informacji wynika, że plany inwestora są bardzo krytycznie oceniane przez zarząd Lety. Doszło do spotkania prezesa firmy z K. Perzem, ale zarząd uznał, że nie warto kontynuować rozmów, tym bardziej że inwestor nie przedstawił żadnych planów inwestycyjnych.
Być może to spotkanie było powodem rynkowych plotek, że w Lecie pojawiają się inwestorzy zainteresowani uratowaniem firmy. Plotki, które pojawiły się już przed kilkoma tygodniami, mogły wpływać na notowania.