Weekendowe polityczne zamieszanie, czyli rozpad koalicji, nie wyrządziło na rynku zbyt wielkich szkód. Zwykle wzrost ryzyka politycznego, a za takie należy przecież uważać zmiany w rządzie, przekłada się na poziom notowań, i to najczęściej w jednym kierunku. Skoro ryzyko wzrasta, to należy powiększyć premię za to ryzyko - efektem jest spadek cen.

Na naszym rynku sytuacja jest dość nietypowa. Po pierwsze, Polska jako taka charakteryzuje się już dość dużym ryzykiem politycznym. Zmiana składu rządu w czasie trwania kadencji Sejmu jest tu czymś normalnym. Przez lata zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić i sądzę, że przyzwyczaili się do tego także inwestorzy zagraniczni. Wprawdzie niewielu ich zostało, ale ci, którzy są, zdają się brać to pod uwagę. Nie widać było jakichkolwiek nerwowych ruchów. Także na rynku walutowym. Po drugie, rozpad koalicji i usunięcie z rządów PSL trudno uznać za cios w gospodarkę. Wręcz przeciwnie, działacze tej partii uchodzili za rządowych "hamulcowych", co sprawia, że ich brak może pomóc w przeprowadzeniu trudnych zmian.

Sprawą znacznie ważniejszą, która w zdecydowanie większym stopniu wpłynie na decyzje inwestorów zagranicznych, jest próba prognozy ewentualnego wyniku referendum w sprawie przystąpienia Polski do UE. Tu nastawienie PSL jest nadal nieznane i raczej długo znane nie będzie. Jeśli jednak przeważać będzie opcja "eurosceptyków", to zagrożenie odpływem kapitału zagranicznego znacznie wzrośnie. Przyznam, że skutki ewentualnej "przegranej" w referendum trudno mi sobie w tej chwili wyobrazić.

Technicznie sytuacja rynku pozostaje bez zmian. Poruszamy się w bok. Wczoraj nie udało się pokonać linii trendu spadkowego, co daje pewną przewagę podaży. Tak naprawdę, dopiero nowe minima są w stanie coś zmienić.