W moim projekcie miał powstać polski operator, posiadający udziały w całym sektorze paliwowym. Miał on być w stu procentach własnością polskich akcjonariuszy, w tym w 40 procentach drobnych inwestorów. Obecny PKN Orlen i Nafta Polska to kompletnie inne twory. Druga ważna różnica, to fakt, że w mojej koncepcji cały sektor miał być sprywatyzowany przed 2000 rokiem. Teraz mamy do czynienia ze skutkami zaniedbań w tej branży, a także brakiem woli politycznej do zrealizowania ciekawych pomysłów. Natknąłem się już na wiele trupów przedsiębiorstw, które upadły lub stoją na krawędzi bankructwa tylko dlatego, że jakaś grupa osób prowadziła politykę korzystną wyłącznie dla siebie. Opinia publiczna często sądzi osoby, które chcą przeprowadzić prywatyzację. Moim zdaniem znacznie większe szkody polskiej gospodarce wyrządziły osoby, które hamowały prywatyzację.
Skąd wynika wieloletnie opóźnienie w prywatyzacji sektora naftowego?
To proste. Ludzie władzy, obojętnie, czy reprezentują lewą, czy prawą stronę, dążą do utrzymania sfery wpływów, swego imperium.
Próbował Pan kiedyś policzyć, ile osób pracuje w sektorze naftowym dzięki znajomościom politycznym?
Oceniam to na kilka tysięcy osób. To jest prawdziwe imperium. Nie chodzi bowiem tylko o obsadzenie kluczowych stanowisk w największych firmach operujących na polskim rynku paliwowym, ale o władzę nad setkami spółek zależnych.
Czy firmy paliwowe mogą dużo wynegocjować od spółek z nimi współpracujących?