Kraje, które 1 maja przystąpiły do Unii Europejskiej, określane są czasem mianem rynków konwergujących. Czyli nie są już zaliczane do rynków wschodzących, a jeszcze nie do rozwiniętych. Być może dlatego inwestorzy przytrzymali akcje notowane w Budapeszcie, Pradze i Warszawie trochę dłużej niż w Ameryce Południowej. Na wszystkich tych giełdach najwyższe wartości główne indeksy zanotowały 13 kwietnia. W ostatnich trzech tygodniach indeksy spadły o 7-10%. W każdym przypadku jest to największa korekta trendu wzrostowego w tym roku. Choć na żadnym wykresie nie ma formacji, która zapowiadałaby większy spadek, jest interesujące, czy indeksy WIG, BUX i PX50 zdołają zatrzymać spadek nad poziomem szczytów ukształtowanych w czasie internetowej hossy. WIG i BUX mają jeszcze 4-4,5% miejsca na spadki, PX50 ok. 12%.
Kryzys zaufania przeżywa rynek rosyjski. Zniżka indeksu RTS od tegorocznego maksimum przekroczyła już 20%. W zakończonym tygodniu doszło do wygenerowania silnych sygnałów sprzedaży, jakimi był spadek poniżej szczytu z października 2003 r. oraz przełamanie ponad 5-letniej linii trendu rosnącego, która dawała wsparcie przez cały miniony rok.
Gwóźdź wbije Nasdaq?
Wszystkie wymienione sygnały skłaniają do zastanowienia, czy na światowych rynkach akcji nie dochodzi właśnie do istotnego przesilenia. Potwierdzeniem takiego scenariusza będzie zmiana trendu na którejś z najważniejszych giełd. Te, od stycznia tego roku, utrzymują się w trendach bocznych. W niektórych przypadkach do wybicia w dół jest blisko. Głowa z ramionami ukształtowała się na wykresie Nasdaq Composite. Linia szyi tej formacji, znajdująca się w okolicach 1900 punktów, już była testowana. Na razie obroniła się, ale odbicie nie jest na razie imponujące i grozi kolejnym atakiem na wsparcie. Wybicie w dół z formacji sprawiłoby, że teza mówiąca o korekcyjnym charakterze wzrostu zapoczątkowanego na Nasdaq w październiku 2002 roku stałaby się dość prawdopodobna. To byłby zarazem gwóźdź do trumny rynków wschodzących.
Diametralna zmiana nastrojów
Tak gwałtowna zmiana nastrojów na amerykańskim rynku obligacji w dużym stopniu wynika z niedawnego przekonania większości inwestorów co do "cierpliwości" Zarządu Rezerwy Federalnej w kwestii podnoszenia kosztów pieniądza. Alan Greenspan w I kwartale tego roku zapewniał o tym kilka razy. Wiele banków inwestycyjnych uwierzyło w te zapewnienia i wykorzystywało sytuację do osiągania zysków. Pożyczały tani pieniądz na rynku i lokowały go w obligacje, zarabiając na różnicy w oprocentowaniu. W przekonaniu o opłacalności takich transakcji upewniły jeszcze zaskakująco słabe dane z amerykańskiego rynku pracy, opublikowane na początku marca. Zepchnęły one rentowność 10-letnich papierów skarbowych do najniższego poziomu od lipca minionego roku. Po miesiącu klimat do inwestowania w bezpieczne instrumenty zmienił się diametralnie. Kolejne informacje z rynku pracy były znakomite, a inflacja bazowa odnotowała wyraźny skok w górę. Zmieniła się też retoryka członków Fed, którzy zaczęli przygotowywać rynek do zaostrzenia polityki pieniężnej. Zmieniło to warunki, na jakich zawierano transakcje wykorzystujące różnicę pomiędzy tym, po ile można pożyczyć pieniądze i ile można zarobić na obligacjach. Oczekiwanie na wzrost ceny pieniądza przy trwającym spadku kursów obligacji skłania do pozbywania się papierów dłużnych i oddawania pożyczonych środków. To dodatkowo napędza przecenę obligacji, grożąc pojawieniem się panicznych zachowań. Zbyt szybkiego wzrostu rynkowych stóp procentowych uczestnicy rynków giełdowych obawiają si