Czwartkowa słabość w końcówce sesji została potwierdzona przez jeszcze słabsze otwarcie notowań w piątek. Te miało swój powód. Były nim spadki w USA. Niemniej, kursy zaczęły spadać i nie było widać sił, które chciałyby szybko tą tendencję odwrócić.
Trzy poprzednie dni to wzrost cen. Mogło się wydawać, że popyt stara się poważniej odbić od dolnego ograniczenia kanału wzrostowego. Tym samym próbowano nie dopuścić do sygnału sprzedaży, który ważny byłby już nie tylko w krótkim, ale także i średnim terminie. Udało się, ale na krótko. W czasie wczorajszej sesji ponownie znaleźliśmy się w okolicy wsparcia. Przyszły tydzień zacznie się od trudnych chwil dla posiadaczy długich pozycji. Trzeba będzie po raz kolejny walczyć, by nie dopuścić do wybicia poza obszar kanału. Przypomnę tylko, że takie wybicie należałoby uznać za zakończenie korekty, z jaką mamy do czynienia od połowy maja. Ta z kolei była tylko odreagowaniem szybkiego spadku z przełomu kwietnia i maja.
Przyznam, że scenariusz wybicia w dół jest mi znacznie bliższy niż trwalszego wzrostu. Wpływają na to obserwacje dotyczące zachowania rynku w średnim terminie. Wydaje mi się, że argumentów za spadkiem jest znacznie więcej niż za wzrostem. Nie neguje możliwości lekkiego wzrostu, jeśli bykom udałoby się znowu obronić wsparcie. Nie sądzę jednak by miał on jakąś spektakularną wielkość. Silnego wzrostu nie można oczekiwać, gdy szykuje się olbrzymia oferta publiczna, gdy umacniająca się złotówka zniechęca inwestorów zagranicznych do dokonywania zakupów - wręcz przeciwnie, zachęca do zamykania zyskownych pozycji. O zachowaniu podaży pieniądza, która nie sygnalizuje żadnych szans na dołek, już nawet nie wspominam.