Nawet jednak jeśli uda się poprawić zeszłoroczny wynik, to i tak będzie on bez porównania gorszy od rekordu z 1999 r., kiedy za gwarantowanie emisji akcji i obligacji oraz doradztwo przy fuzjach i przejęciach banki inwestycyjne otrzymały w formie prowizji 47,2 mld USD. Ale też wtedy Nasdaq wzrósł o 85% i był na najlepszej drodze do ustanowienia historycznego rekordu na poziomie 5048 pkt.
Tak dobre czasy wrócą zapewne nieprędko, ale potentaci tej branży radzą sobie dobrze nawet na skurczonym rynku. W 1999 r. Goldman Sachs, Morgan Stanley i Citigroup pozyskały za usługi inwestycyjne 12,3 mld USD, czyli 26% łącznych przychodów wszystkich banków z tego tytułu. Do końca lipca br. zebrały z rynku 6,3 mld USD, 26,5% całości.
Wymaga to jednak od nich coraz większych starań, bo w porównaniu z minioną dekadą sprzedaż akcji i obligacji oraz fuzje i przejęcia stają się coraz mniej opłacalne. Średnia prowizja za gwarantowanie emisji akcji spadła w Stanach Zjednoczonych do 3,7% wartości oferty z 4,2% w 1999 r. Innymi słowy, przed pięcioma laty przy emisji wartej 100 mln USD, bank zarabiał 4,2 mln USD, a teraz 3,7 mln USD - o 12% mniej.
W jeszcze większym stopniu prowizje zmniejszyły się na rynku obligacji. W USA spadły średnio do 0,39% z 0,66%. Poza tym podwyżki stóp procentowych dokonane w tym roku przez Fed spowodowały stagnację na tym rynku. Sprzedaż nowych obligacji korporacyjnych spadła w USA w II kw. do 162 mld USD, o 26% w porównaniu z takim samym okresem ub.r.
Ogólne pogorszenie koniunktury gospodarczej sprawia, że bankom inwestycyjnym może być trudno pozyskać z prowizji tyle samo, co przed rokiem. Wysokie ceny ropy naftowej, słaba sytuacja na rynku pracy, rozczarowujące zyski spółek, niepewność związana z wyborami prezydenckimi i wreszcie strach przed terroryzmem i obawy o losy interwencji w Iraku, wszystko to niekorzystnie wpływa na rynki finansowe.