Była godzina 13.45. I wtedy się zaczęło. A raczej: skończyło. Okienka zamknięto, bo wyczerpała się i tak zwiększona w ostatniej chwili do 1,1 miliarda złotych pula lokat prywatyzacyjnych PKO BP. Ci, którzy jeszcze stali w kolejkach, zaczęli się awanturować... W Kłodawie, w jednym z oddziałów banku, z powodu awarii systemu - takie awarie i przestoje w pracy zdarzały się w całym kraju - lokaty założyło tylko 13 osób. W Poznaniu z podobnego powodu w jednym z punktów lokaty założyło zaledwie 17 szczęśliwców. Pozostali chcieli wręcz zlinczować pracowników banku.
A jak to się zaczęło...
W niedzielne popołudnie przed największym poznańskim oddziałem PKO BP, na placu Wolności, stoi kilka osób. To ledwie dyżurni z liczącego blisko 400 osób komitetu kolejkowego. - Trzeba spróbować! - pokrzykuje starsza pani. Zapytana, czy wie, że lokat starczy ledwie dla kilkudziesięciu osób, w każdym oddziale, atakuje sąsiada z kolejki: Co też pan wygaduje, na takie duże oddziały na pewno rzucą więcej!
W innym oddziale, ktoś wywiesił kartkę na szybie: sprzedam miejsce w pierwszej dwudziestce. I numer telefonu. Właściciel 20. miejsca podaje swoją cenę - tysiąc złotych. Ale na przykład w innym oddziale pan Jacek stoi za kilka piw.
W kilka godzin później, w poniedziałkowy poranek, gdy na trasy wyruszają pierwsze tramwaje, przed każdym z oddziałów stoi już tłumek ludzi. Niektórzy mają termosy, inni koce, starsi siadają na ogrodowych krzesełkach lub wędkarskich taboretach. Tam gdzie kolejki dłuższe, spokoju doglądają ochroniarze. O wpół do ósmej zaczyna się akcja. Ochrona staje przed drzwiami. Policja obserwuje wszystko z radiowozów. A mimo to do kolejki wchodzą nowi ludzie. To ci, za których ktoś odstał swoje za pieniądze. Grupki mężczyzn, stojące przed oddziałami, niczym dawni cinkciarze - niektórzy pewnie jeszcze z takim rodowodem - nagle zaczynają wciskać w kolejkę swoich ludzi. Jeden z nich ustawia na pierwszych pięciu miejscach "swoich": dwie starsze panie, jedną młodą dziewczynę, dwóch mężczyzn w średnim wieku. Wszyscy mówią do swojego przywódcy per "pan". A pan staje przed bankiem i - w ostatniej chwili - pożycza stojącej w kolejce kobiecie 6 tysięcy. - Tylko niech mi pani jedno powie: jaki ja będę miał z pani zysk?! - pyta i spokojnie, już na boku, ustala warunki.