Pekaes sprzedawał akcje w ofercie publicznej po 10 zł. Już na pierwszej sesji walory zostały przecenione o ponad 1%, co sprawiło, że spółka znalazła się w gronie najsłabszych tegorocznych debiutantów. Największy spadek w krótkiej giełdowej historii firmy miał jednak miejsce wczoraj. Akcje wyceniane są już 15% niżej w porównaniu z ceną emisyjną.
Członek zarządu sprzedaje
- Wciąż nad spółką wiszą akcje pracownicze. Wyprzedaż ze strony załogi jeszcze trochę potrwa, a to musi odbić się na kursie - tłumaczy Sebastian Słomka, analityk BDM PKO BP. - Z drugiej strony, nie ma zauważalnego popytu ze strony instytucji, które angażują pieniądze w inne papiery - dodaje. Wtóruje mu Wacław Wojciechowski, członek zarządu Pekaesu. - Pokaźne zyski realizują pracownicy, którzy czekali na to kilka lat. Sądzę, że jest to przejściowa sytuacja - tłumaczy. W najbliższych dniach planuje kupić akcje firmy.
Inaczej postąpił Ryszard Witek, inny członek zarządu warszawskiej spółki. Na sesji 1 grudnia pozbył się 27 562 akcji Pekaesu. Dostał 9,9 zł za papier. Poinformował także o kupnie (17 listopada) 964 walorów. Płacił za nie po... 2,5 zł. - To moja prywatna sprawa, od kogo je nabyłem - mówi R. Witek. Już 13 listopada znany był przedział cenowy akcji Pekaesu sprzedawanych w publicznej ofercie. Wiadomo było, że cena wyniesie od 9,5 do 11,5 zł.
- Kilka lat temu zdarzały się podobne transakcje, w których na podstawie umów cywilnoprawnych handlowano papierami. Sprzedawały je osoby, które nie mogły doczekać się wejścia Pekaesu na giełdę. Teraz trudno wyjaśnić, dlaczego ktoś pozbył się akcji po 2,5 zł, a więc po cenie, po jakiej przed sześcioma laty walory kupowali pracownicy przedsiębiorstwa - mówi Piotr Tokarski, przewodniczący związku zawodowego Konfederacja Pracy, który działa w Pekaesie.