Amerykanie przywiązują sporą wagę do ruchów inwestycyjnych członków zarządów i rad nadzorczych spółek giełdowych, zwanych z powodu lepszego dostępu do informacji insiderami. Dane o transakcjach, które zbiera i opisuje m.in. firma Thomson Financial, tworząc swoisty barometr giełdowej koniunktury. Na polskim rynku Thomson nie ma swojego odpowiednika, choć transakcja członka zarządu może wywołać bardzo gwałtowne reakcje akcjonariuszy.
Aktywne zakupy zwiastunem hossy?
Według TF, w 2004 r. członkowie zarządów amerykańskich spółek sprzedali akcje za 51,3 miliarda dolarów. Była to kwota najwyższa od czterech lat. Wyższa od zanotowanej w 2003 r. o ok. 20%. Łączna wartość papierów, które kupili insiderzy, była kilkadziesiąt razy niższa. Wyniosła 2,1 mld USD (wzrost o 13% w stosunku do 2003 r.). Dla porównania, dwa lata wcześniej, pod koniec internetowej hossy, menedżment sprzedał papiery za 80,1 mld USD.
Analitycy TF policzyli, że w listopadzie 2004 r. stosunek sumy uzyskanej ze sprzedaży walorów i wydanej na zakup akcji był jak 46:1. Oznacza to, że na 46 USD, które otrzymali za jeden papier, jednego dolara wydali na inwestycję w spółkę.
Dzięki zmianom opisanej proporcji analitycy TF potrafili przez pewien czas trafnie przewidzieć zachowanie rynku. Gdy przewyższała bądź była bliska 20:1 - zapowiadali bessę. Wskazanie w przedziale między 20:1 a 12:1 uznawali za neutralne, a gdy spadała poniżej 12:1 - wróżyli hossę. W ostatnich latach mają utrudnione zadanie. Przez większą część bessy, szczególnie na przełomie lat 2001 i 2002, współczynnik wskazywał na hossę. Strateg z TF tłumaczył, że metoda przestała być skuteczna ze względu na politykę amerykańskiego banku centralnego, politykę fiskalną oraz zasoby gotówkowe, pozostające w ręku tamtejszych obywateli.