W połowie ubiegłego roku obligatariusze Elektrimu i powiernik papierów - Law Debenture Trust - stanęli przed Brytyjską Izbą Lordów. Chcieli, aby rozstrzygnęła, czy w LDT będzie odpowiadać finansowo jeśli okaże się, że niesłusznie postawi w stan wymagalności obligacje Elektrimu, których wartość nominalna to 510 mln euro. Historia Elektrimu jest naszpikowana procesami sądowymi. Powiernik chciał zabezpieczyć się na ewentualność, gdyby spółka bądź jej właściciele wytoczyli mu proces. Oczekiwał, że obligatariusze zobowiążą się zapłacić mu 1 mld euro zanim wykona ich instrukcje i uruchomi procedurę wcześniejszego wykupu obligacji.
Izba Lordów uznała, że niepotrzebnie się obawia i nie będzie ponosić finansowych konsekwencji. Zdecydowała, że zobowiązania mogą wynikać jedynie z kosztów prawnych.
Agencja Reutersa dotarła do uzasadnienia, wydanego przez sędziego lorda Scotta. Uzyskała też komentarz prawnika, reprezentującego obligatariuszy w tej sprawie. - Banki zawsze bardzo nerwowo podchodziły do sprawy przyspieszenia spłaty zobowiązań w obawie przed ogromnymi roszczeniami - powiedział James Roome z kancelarii Bingham McCutchen, nadając orzeczeniu sądu uniwersalne znaczenie. Dodał, że z tego powodu w 2001 r. banki nie zdecydowały się postawić w stan natychmiastowej wymagalności wierzytelności brytyjskiej firmy Marconi.
- Werdykt sądu jasno pokazuje, że takie ryzyko nie istnieje dopóki wierzyciele działają w dobrej wierze - dodał. Zygmunt Solorz-Żak, przewodniczący rady nadzorczej Elektrimu i jego największy akcjonariusz od dawna kwestionuje działania obligatariuszy zarzucając im, że chcą czegoś więcej niż spłaty obligacji.
- Rynki bacznie przyjrzą się tej decyzji - mówił Denyse Anderson, dyrektor w Law Debenture, dodając, że obligatariusze Elektrimu i tak muszą najpierw udowodnić, że doszło do złamania warunków umowy obligacji.