Z pewnością zmienność cen i aktywność inwestorów na rynku nie są cechami, które wyróżniały wczorajszą sesję. Rozpiętość notowań kontraktów to raptem 15 pkt. Obrót na rynku kasowym przekroczył 500 mln złotych, czyli można określić go jako przeciętny. Sesji nie można zaliczyć do kluczowych.

Nikt nie liczył na to, że właśnie w czwartek na rynku dokona się przełom. Nie sprzyjała temu niepewność związana z publikacją danych makro w USA i Polsce. W obu przypadkach chodziło o wielkość inflacji. Tu jednak podobieństwo się kończy. O ile w przypadku rodzimego rynku wskaźnik zmian cen towarów konsumpcyjnych miał być pomocny w określeniu, na jakie obniżki stóp procentowych można liczyć, to w przypadku publikacji zza oceanu doszukiwano się wskazówki dla określenia skali kolejnych podwyżek stóp procentowych.

Takie warunki nie sprzyjały podejmowaniu śmiałych decyzji. Obie strony miały dogodne okazje do przeprowadzenia skutecznej akcji. Indeks zaliczał nowe maksima sesji, ale nie było chętnych do kontynuacji i po krótkim czasie następowało osłabienie. Zwykle takie zachowanie jest oznaką słabości, którą wykorzystuje podaż, zbijając ceny niżej. Tym razem zabrakło chętnych, by to wykorzystać i oddalić ceny od poziomu oporu.

W efekcie wykres cen kontraktów buduje małą (na razie) konsolidację w bezpośrednim sąsiedztwie oporu. Taki układ jest korzystniejszy dla byków. Ceny są wysoko, ale podaż nie ma sił zaatakować. Poza tym nie możemy nie zwrócić uwagi na wciąż ujemną bazę. Na zamknięciu wyniosła ona -28 pkt. Widać, że nastroje nie uległy zmianie i nadal dalekie są od optymizmu. Optymizmu, który jest potrzebny, by ceny miały spadać, jak chce obecnie większość. Pozostaje powtórzyć, że większość nie może mieć racji.