Wszyscy niecierpliwie przebierają nogami. Czekają na - jakby była już przesądzona - fuzję Pekao i BPH. Włosi usłużnie dowożą kolejne dokumenty i składają wizyty. Austriacy trochę się denerwują, jaka będzie ich rola, ale w gruncie rzeczy są chyba pewni swego. Inwestorzy giełdowi bacznie się przyglądają i kalkulują. Liczą cenę wezwania na akcje BPH. Fuzje i przejęcia są dobre dla rynku. Wprowadzają ożywczy ferment. Tak było i przy zakupie PBR-u przez BRE i przy innych tego typu projektach, nie wyłączając fuzji Banku Zachodniego z WBK czy BPH z PBK. A ile emocji wywoływały spektakularne zawirowania wokół sprzedaży Banku Handlowego (z BRE i Citigroup w tle) i Banku Millennium (z Niemcami i Portugalczykami w tle).
Sektor jest de facto prywatny i konkurencyjny. Nie licząc wyjątków, jak państwowy BGK czy kontrolowany przez Skarb Państwa PKO BP. Choć w ostatnim przypadku potrzeba utrzymania status quo jest kwestionowana nawet przez zarząd spółki. Tak to dogmat prywatyzacji (nie ukrywajmy: w praktyce sprzedaży zagranicznemu kapitałowi) bierze górę nad dalekosiężnymi interesami różnej proweniencji.
Wyróżniamy się pod tym względem na tle innych - starych, dojrzałych i stawianych nam często za wzór - rynków, na których nie każdy może połknąć każdego i polować bez ustanku.
Kiedy wszyscy przebierają nogami, nasz nadzór bankowy spokojnie czyta dokumenty, bada i prosi o nowe. Od czasu do czasu tłumaczy, że sprawa jest poważna, a więc i analizy muszą być takie same. Być może zwleka. Ale wiadomo: pośpiech wskazany jest tylko przy łapaniu pcheł.
I to jest właściwe postawienie sprawy. Zamiast dwóch bardzo dużych graczy na rynku, możemy mieć jednego - jeszcze większego, oczywiście. Z punktu widzenia klientów nie jest to perspektywa najlepsza. Tym bardziej że nie jest jasne, jakie przyzwyczajenia wezmą górę w nowej instytucji. Wielu ciułaczy nie najlepiej pod tym względem ocenia Pekao. Spadek konkurencji w sferze usług bankowych, maklerskich i innych finansowych też nie musi im odpowiadać.