Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 20.11.2005 12:01

Marek Pryzmont

Na giełdzie jest jak w matematyce. Mamy do rozwiązania równanie z

niewiadomymi. Bardziej polega to na szacowaniu wyniku, niż jego

matematycznym dokładnym policzeniu. Spora grupa inwestorów, czy też

analityków, bardzo często przyjmuje, że giełdowe równania są bardzo proste i

Reklama
Reklama

występuje w nich tylko jedna niewiadoma. Gdyby tak było, to na giełdach

inwestowałyby dzieci z podstawówki. Na giełdzie podanie wyniku (trafnej

prognozy kolejnego ruchu) jest trochę bardziej skomplikowane. Nawet, jeśli

jakiś jeden czynnik, na przykład ważne dane makro, dadzą impuls do

dynamicznego ruchu, to jego dynamikę i trwałość ustalać będzie już

kilkadziesiąt innych zmiennych od fundamentów spółek począwszy, a choćby na

Reklama
Reklama

analizie technicznej skończywszy.

Tyle tytułem wstępu, wywołanego dwoma czynnikami. Po pierwsze lekką

irytacją, że w ostatniej męczącej dwutygodniowej konsolidacji niemal po

każdej sesji można było usłyszeć średnioterminowe prognozy często zupełnie

odmienne od dnia poprzedniego. Zupełnie jakby każda informacja mogła

rozpocząć nowy kilkutygodniowy trend w dowolnym kierunku. Po drugie

Reklama
Reklama

wspominam o tym, bo sam zaraz sprawę giełdowego kierunku sprowadzę do jednej

niewiadomej. Jednej, ale nie jedynej ! Takie uproszczenie po części dlatego,

że na wszystko miejsca nie starczy, a po części, bo od kilku miesięcy z

uporem zwracam na ten czynnik uwagę i rynek wciąż potwierdza jego duże

znaczenie. Znowu mowa o amerykańskich obligacjach, które dla zagranicznych

Reklama
Reklama

inwestorów wyznaczają premię za ryzyko inwestowania na rynkach wschodzących.

W mijającym tygodniu to właśnie obligacje wskazały kierunek polskim

indeksom.

Wybicie z konsolidacji na GPW nastąpiło w czwartek, czyli po środowej sesji

w USA. Właśnie wtedy na amerykańskim rynku długu oglądaliśmy jeden z

Reklama
Reklama

największych od końca sierpnia jednodniowy spadek rentowności obligacji.

Analitycy powrót do obligacji tłumaczyli dobrymi danymi makro, m.in. brakiem

rozczarowania CPI, czy danymi o rekordowym napływie zagranicznego kapitału

do USA. Czymś musieli, bo przypomnę z tekstu sprzed dwóch tygodni, że

Hulbert Bond Newsletter Sentiment Index pokazujący nastroje na rynku

Reklama
Reklama

obligacji pokazywał ekstremalnie negatywne nastawienie analityków i

zarządzających, porównywalne tylko z tegorocznym kwietniowym szczytem.

Rentowność 10-letnich obligacji sięgała na początku listopada 4,68% i w

ostatnich dwóch tygodniach rynek leczył się z pesymizmu sprowadzając

rentowność aż do 4,44%. Największa korekta od sierpnia. Tym samym właśnie w

środę przełamana została linia dwumiesięcznego trendu wzrostowego

(rentowności).

Jeśli zasadnym byłoby w tym kontekście analizowanie danych makro, to warto

wiedzieć, że wartość bazowa inflacji w USA za październik prognozowana była

na +0,1% a serwisy podały wartość 0,2%. Tyle tylko, że jest to wartość którą

się zaokrągla. Bez zaokrąglenia mamy +0,248%. Chyba jeszcze nigdy tak

niewiele, nie znaczyło przy tych danych tak wiele. Jeśli zestawić to z

faktem, że dzień wcześniej subindeksy cen w NY Empire State Index (prices

paid, prices received) po raz kolejny wzrosły (odpowiednio z 57,3 do 60,6 i

z 15,6 do 20,2), to chyba oczywistym pozostaje, że tym razem to nie dane

makro, ale technika i nastroje najmocniej wpływały na rynek obligacji.

W tym roku w maju, a potem w sierpniu początek bardzo dynamicznych fal

wzrostowych na GPW poprzedzał właśnie wyraźny spadek rentowności w USA.

Oczywiście były to ruchy o znacznie większej skali niż w ostatnich dwóch

tygodniach. Tak samo sierpniową i październikową korektę na GPW wywoływane

były przez przecenę amerykańskich papierów skarbowych. To bowiem odciągało

zagrgacji (USA) w ostatni czwartek spotkał się

jeszcze na kontraktach z ekstremalnie rozciągniętą ujemną bazą i wyraźnymi

sygnałami kupna wynikającymi z analizy technicznej. Na rynku terminowym

inwestują głównie indywidualni inwestorzy, dla których w większości takie

sygnały techniczne często ważniejsze są od wszelkich fundamentów. Mieszanka

więc wybuchowa i faktycznie były fajerwerki (ze świecą szukać takich białych

świec na wykresach). Teraz trzeba się zastanowić, czy jest to początek nowej

dynamicznej fali wzrostowej, czy też jedynie dopełnienie formacji podwójnego

dna i jeszcze nie czas na ruch w górę.

Ja już wcześniej deklarowałem, że w listopadzie oczekuję nerwowej

konsolidacji ograniczonej przez październikowe ekstrema i wydarzenia

ostatniego tygodnia dalej wpisują się w taki scenariusz. Demonstracyjny

czwartkowy wzrost, ze względu na niewielką rozpiętość i czas wcześniejszej

dwutygodniowej konsolidacji jest tylko sygnałem krótkoterminowym.

Zrealizowaliśmy tym ruchem zasięg wzrostu wynikający z podwójnego dna i z

rozpiętości konsolidacji, a teraz na poziomie szczytu hossy z pierwszych

październikowych sesji szanse obu stron rynku są wyrównane. Moim zdaniem

nawet jeśli na fali tego optymizmu zaatakujemy teraz szczyty hossy na WIG20

(kolejny analogiczny ruch do zachowania indeksu WIG20 w 2004 r.), to nie

będzie to raczej test udany. Na zaklinanie rynku rajdami Św. Mikołaja czas

przyjdzie najwcześniej w grudniu.

Takie rozwiązanie sugeruje teraz giełdowy kalendarz, a szczególnie jego

najbliższa czwartkowa kartka. 24 listopada to Święto Dziękczynienia, a co za

tym idzie rynki amerykańskie nie pracują. W piątek sesje na większości

rynków są skrócone (NYSE 3 godziny krócej) i zanotujemy rekordowe niskie

obroty w całym roku, gdyż większość inwestorów rozjedzie się po całych

Stanach. Praktycznie można więc uznać, że 4 dni nie pracują amerykańskie

giełdy, a przygotowanie do tego długiego weekendu o ile już od poniedziałku

nie spowoduje zmniejszenia aktywności, to na pewno spowoduje negatywną ocenę

wiarygodności każdego znaczącego ruchu zarówno na amerykańskim rynku długu,

jak i akcji. Tym bardziej, że w tym tygodniu nie będzie żadnych istotnych

danych makro. Reszta świata oczywiście też odpocznie. Na GPW nie ma reguły

co do świątecznych dni w USA. Czasami aktywność jest zerowa, a czasami kilku

dużych graczy wykorzystuje takie sesje do jakiegoś spekulacyjnego ruchu,

którego nie ma wtedy co popsuć. Tego ostatniego przewidzieć się nie da, więc

należy założyć marazm.

GPW czekać też będzie na opublikowanie danych o PKB za trzeci kwartał, które

podane zostaną dopiero 29 listopada. W międzyczasie poznamy jeszcze sprzedaż

detaliczną, ale nikt nie ma wątpliwości, że PKB będzie ważniejszy (należy

oczekiwać 3,4-3,5%). Tym bardziej, że w dniu publikacji rozpoczyna się też

posiedzenie RPP. W tej chwili nie dawałbym żadnych szans na obniżkę stóp

procentowych. Głównie z powodów politycznych, czyli wątpliwości co do

faktycznego kształtu programu gospodarczego. Skoro partie polityczne

potrafią "oszukać" kilkanaście milionów wyborców i zrobić koalicje przeciwne

wszelkim deklaracjom, a Andrzej L. staje się "liberałem" (to ruch do

zatopienia PO ?), to członkowie RPP mogą uwzględniać jedynie działania

rządu, a nie jego jakiekolwiek deklaracje.

O tym, że deklaracje nie są zbyt wiele warte świadczy expose premiera, w

którym obiecuje znieść giełdowy podatek. Potem doradcy rozszerzyli to

jeszcze na podatek Belki, a wszystkiemu z wdziękiem godnym sławnego wywiadu

dla Financial Times zaprzeczyła minister finansów. Wspominam o tej kwestii

też dlatego, że zniesienie tych (obu) podatków ktoś mógłby uznać zazyniło się do wzrostu

zainteresowania m.in. funduszami inwestycyjnymi. Oczywiście nie jest tak, że

teraz odejście od podatku Belki spowoduje analogiczny przepływ kapitału na

lokaty bankowe. Na pewno jednak kwestie podatkowe w tym przypadku nie

powinny być byczymi argumentami, co wielokrotnie słyszałem w ostatnim

tygodniu. Tym bardziej, że trendy na GPW ustala teraz przecież zagranica.

Na koniec spójrzmy na wykresy światowych giełd gdzie rysuje się bardzo

wyraźna różnica między indeksami zachodnich giełd (Euroland i USA), a

rynkami naszego regionu, czyli Polska plus Czechy i Węgry. Większość

zachodnich głównych indeksów odrobiła wszystkie straty z październikowej

korekty i ustanowiła nowe szczyty. W niektórych przypadkach, jak S&P500,

Nasdaq, niemiecki DAX, czy angielski FTSE, są to jednocześnie poziomy nie

widziane od 2001 roku. Wydarzeniem trochę symbolicznym było też piątkowe

kosmetyczne poprawienie szczytu z 7 maja 2001 roku przez japoński Nikkei,

ale to już inna bajka. Wyjątkiem z głównych rynków pozostaje francuski CAC40

gdzie bycze argumenty spłonęły razem z samochodami.

W tym towarzystwie zdecydowanie słabiej prezentują się indeksy wspomnianych

emerging markets. Żaden z nich nie poprawił rekordów. Czeskiemu PX50 brakuje

6,4%, węgierskiemu BUX dokładnie dwa razy tyle. Najszybciej październikowe

straty odrobił polski WIG20, który do szczytu ma już tylko 3%. To

zestawienie utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że na najbliższych sesjach

ewentualny atak na szczyty hossy skończy się na GPW niepowodzeniem.

Wykres1.gif My porównujemy się nie do Nikkei, czy Nasdaq, ale najpierw do

rynków regionu, a te relatywnie siłą nie grzeszą w ostatnich tygodniach.

Warto też po raz kolejny przypomnieć powody tej słabości, bo nie wszystko da

się zrzucić na niepewność polityczną czy termin wejścia do strefy euro.

Takie zachowanie rynków potwierdza, że wrześniowe wyższe notowania LIBOR

(USD 1Y) od WIBOR (PLN 1Y) ograniczyły apetyt zagranicznych funduszy na

polskie aktywa. Wykres2.gif Ten negatywny proces będzie niestety trwać, choć

byki mogą się pocieszać, że przed przyszłorocznym odpoczynkiem od hossy

czekać nas powinna jeszcze jedna fala wzrostowa.

[email protected]

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama