Zaczynając rozważania na temat polskiej drogi do euro, należy sprostować jeden powszechnie popełniany błąd. Polska nie ma alternatywy: przyjąć czy nie przyjąć euro. Wchodząc do Unii Europejskiej, zgodnie z traktatem z Maastricht, po prostu nie mamy wyjścia. Euro musimy przyjąć, ale nie został określony termin, kiedy mamy to zrobić, co może pozwolić na znaczne odwlekanie czasu akcesji. Teoretycznie możemy zastosować trzy drogi przyjęcia wspólnej waluty.
Pierwsza z nich jest zalecana przez Komisję Europejską i EBC. Na niej, przed wejściem do europejskiej unii monetarnej (EMU), czeka nas jeszcze co najmniej 2-letni czyściec w postaci mechanizmu ERM2. Polska może mieć jednak problemy z wypełnieniem warunku ograniczającego deficyt finansów publicznych do 3% PKB. Między innymi dlatego, że zaliczamy OFE do sektora publicznego, a Eurostat się z tym nie zgadza. Jeśli nie zmieni opinii, to deficyt zwiększy się o 1,5 punktu procentowego. Wtedy, jeśli nie zreformujemy naszych finansów publicznych, znacznie ograniczając wydatki, nie będziemy mogli tego warunku przez długi czas spełnić.
Lider PO Jan Rokita powiedział w lutym (potem często zmieniał zdanie), że nowy rząd rozważy jednostronne wprowadzenie euro - to druga droga. Pomysł ciekawy i szeroko dyskutowany już od 6 lat. Gdyby zastosować prawdziwą "euroizację" (zastąpienie złotego przez euro), a nie "currency board", czyli zarząd walutą, który stosują kraje nadbałtyckie (to trzecia droga), to weszlibyśmy do strefy euro tylnymi drzwiami. Trzeba jednak pamiętać o tym, że stosując zarząd walutą, Polska musiałaby mieć bardzo małe potrzeby pożyczkowe, czyli w praktyce nie powinna mieć deficytu budżetowego. Gdyby bowiem ten deficyt był duży, a kurs sztywny, to bardzo szybko moglibyśmy dojść do sytuacji, w której była Argentyna w 2001 roku. Dzięki "euroizacji" ominęlibyśmy szerokim łukiem system ERM2. Nie musielibyśmy spełnić bardzo ostrych wymagań fiskalno-monetarnych narzuconych przez ten system. To jest niebezpieczne, bo jeśli politycy poczują, że nie mają przymusu, to mogą doprowadzić do kompletnego rozstroju finansów publicznych.
Najłatwiej mówi się o pozytywach wejścia do strefy euro, bo są one oczywiste i nie wymagają tłumaczenia. Przede wszystkim w handlu zagranicznym na terenie Unii nie będzie ryzyka walutowego, a przecież właśnie Unia jest naszym największym partnerem. Wszyscy wiemy, jak cierpią eksporterzy, którym ze wzrostem siły złotego, spada opłacalność eksportu. Nastąpi również zmniejszenie kosztów transakcji (choćby znikną prowizje banków przy wymianie walut). Dzięki temu, że nie będzie ryzyka walutowego, a koszty spadną wzrośnie konkurencyjność naszych firm i wzrośnie PKB. Powinna również, ze wzrostem gospodarki, poprawić się sytuacja na rynku pracy. Wielu ekonomistów oczekuje też dużego wzrostu inwestycji, ale to takie oczywiste już nie jest. Ci inwestorzy, którzy chcieli u nas być - już tu są, a w okolicy są kraje dużo tańsze (Ukraina, Rumunia, Bułgaria, kraje nadbałtyckie). Zarówno dla firm, jak i przeciętnego Polaka znaczenie będzie miało to, że nastąpi poszerzenie oferty kredytowej i zmniejszenie ceny kredytu (w UE stopy procentowe są wyraźnie niższe). Nie ulega też wątpliwości, że łatwiej będzie podróżować po Europie, mając tę samą walutę.
Problem zaczyna się, kiedy mówimy o trzech minusach: rezygnacji z części niezależności gospodarczej, pogorszeniu sytuacji na rynku pracy i wzroście inflacji. Nie bez powodu Wielka Brytania czy Szwecja z uporem odmawiają wejścia do EMU. Przyjmując euro zrezygnujemy z bardzo ważnych instrumentów polityki gospodarczej państwa: stopy procentowe i kurs walutowy będę ustalane poza Polską. Na przykład w razie np. załamania eksportu deprecjacja złotego pozwoliłaby na uniknięcie ujemnych skutków dla produkcji i zatrudnienia. W sytuacji kiedy nie mamy wpływu na kurs walutowy i stopy procentowe, to taki negatywny szok musiałby obniżyć płace realne. Byłoby to jednak możliwe tylko i wyłącznie wtedy, jeśli rynek pracy byłby elastyczny. Gdyby tak nie było, to wynikiem szoku byłaby dłuższa recesja oraz większe bezrobocie.