miejscu.
Alternatywą jest oczywiście sejmowa większość tylko jednego ugrupowania, co
w obu przypadkach (PIS/PO) również daje ogromny komfort rządzenia, ogranicza
populizm i umożliwia głębsze reformy finansów państwa. Zarzuty o dyktaturę
jednej partii rynków finansowych nie przestraszą, bo przynajmniej będzie
wiadomo, że realizowany program będzie spójny i odpowiedzialny (nie będzie
na kogo zrzucać winy). Czasem mieszanka choćby i najlepszych pomysłów
koalicjantów staje się wybuchowa. Scena polityczna ostatnio mocno, bardzo
mocno zaskakuje, ale w perspektywie ewentualnych nowych wyborów nie widać na
razie innych scenariuszy, a te są dla GPW, złotego i obligacji moim zdaniem
korzystne, z założeniem, że mówimy o dłuższym terminie.
Zdecydowanie gorzej zapowiada się perspektywa wcielenia w życie "planu
stabilizacyjnego", co ma mieć miejsce w tym tygodniu. Uściślijmy od razu, że
chodzi jedynie o współpracę partii, a nie o Samoobronę w rządzie, bo
prezydent nie zgodzi się na śmieszne zdjęcie z Lepperem czy Giertychem
odbierającym nominację wicepremiera w IV RP. Takie rozwiązanie obecnego
politycznego pata zdejmuje z rynku niepewność, a samo to może być dla wielu
inwestorów impulsem do kupna. Jednak wady takiego scenariusza poznać możemy
już w momencie upłynięcia 14 dni od momentu uzyskania przez prezydenta prawa
do rozwiązania parlamentu, lub też w momencie przesłania na jego ręce
projektu budżetu. W obu przypadkach prezydgorsze skutki.
Jarosław Kaczyński przyznał, że za miesiąc "nie będzie żadnej prawnej
możliwości rozwiązania parlamentu, poza wielotygodniowym kryzysem
parlamentu, który zapewne kompromitowałby partie rządzącą.". W tej sytuacji
PIS, by trwać w tym układzie, zmuszony byłby do uchwalania ustaw a`la
becikowe. Skoro teraz mniejsze partie z pistoletem przy głowie mówią o
ustawach "senioralnych", minimach socjalnych, paliwach rolniczych, pakietach
rodzinnych, zmianach ustawy o NBP etc., to po wygaśnięciu groźby
przedterminowych wyborów obecna propozycja pakietu stabilizacyjnego będzie
wiązać się nieuchronnie z destabilizacją finansów publicznych.
Rynki finansowe to ryzyko zupełnie ignorują koncentrując się na skutkach
politycznych rozstrzygnięć w krótkim terminie. Na razie słusznie, bo dopiero
nadchodzący tydzień (szczególnie III czytanie budżetu 24 stycznia i
polityczne szachy poprzedzające to posiedzenie Sejmu) wyjaśni inwestorom,
czy pakt stabilizacyjny jest tylko polityczną rozgrywką mającą wskazać PO
jako destruktora polskiej sceny politycznej doprowadzając jednocześnie do
nowych wyborów (paradoksalnie scenariusz dobry w dłuższym terminie). Czy też
jest to tylko odłożenie kolejnego poważniejszego kryzysu do przełomu lutego
i marca.
Poruszone wyżej polityczne kwestie mogą niektórym inwestorom wydawać się
zupełnie bez znaczenia po doświadczeniach z ostatnich miesięcy. Zarówno
złoty, obligacje, jak i rynek akcji bez szwanku wyszły z potrójnej kampanii
wyborczej i problemów utworzenia rządu. Należy jednak zwrócić uwagę na dwa
aspekty. Po pierwsze od początku wiadomo było, że zmiany w budżecie na ten
rok mogą być tylko kosmetyczne. Konstruowanie budżetu na kolejny rok to już
zupełnie inna bajka. Po drugie byliśmy jedynym z krajów emerging markets,
który przeżywał tak ważne polityczne roszady. W tym roku na rynkach regionu
wyglądać będzie to już trochę inaczej.
W ostatni czwartek prezydent Węgier ogłosił, że pierwsze runda wyborów
parlamentarnych odbędzie się 9 kwietnia, a druga 23 kwietnia. Korelacja
między rynkiem węgierskim i polskim jest na tyle znacząca, że inwestorzy na
GPW powinni te daty zakreślić w kalendarzu grubym czerwonym flamastrem. Tym
samym, od tego tygodnia na dobre rusza przedwyborcza kampania bratanków.
Sytuacja jest o tyle ciekawa, że wynik wyborów jest bardzo niepewny, a
rządzącym socjalistom czoło stawi konserwatywna opozycja, która na fali
populistycznych haseł walki z dzikim kapitalizmem nie ma zamiaru ograniczać
ogromnego deficytu budżetowego, co będzie skutkować przesunięciem daty
wstąpienia do strefy euro nawet poza rok 2013, uznany teraz przez rynki jako
wariant pesymistyczny, ale najbardziej realny.
Zagrożenie przesunięciem reform finansów publicznych i terminu przyjęcia
wspólnej waluty wisi też nad Czechami. Wybory odbędą się w czerwcu, a
"solidarno/populistyczne państwo" po sukcesie w Polsce stało się teraz
bardzo popularne w także i tutaj. Największe polityczne chmury zebrały się
jednak nad Słowacją, gdzie w lato rządy przejmie najprawdopodobniej
populistoczno-lewicowy Smer z awanturującym się premierem i bardzo
krytycznym podejściem do UE.
Wszystko to powoduje, że zagraniczni inwestorzy inwestujących na rynkach
wschodzących w naszym regionie mogą być w tym roku znacznie bardziej
wyczuleni na wydarzenia na polskiej scenie politycznej, mimo że ich waga
będzie teoretycznie mniejsza niż przy okazji zeszłorocznych wyborów.
Jeśli chodzi o najbliższy tydzień, to mimo powrotu pod szczyty hossy na
ostatnich sesjach, nie zmieniałbym swojej opinii sprzed tygodnia. Do końca
stycznia pozostaniemy w nerwowej konsotyczniowych minimów. Gdyby WIG20 miał w poniedziałek zrealizować
analogiczny scenariusz oznaczałaby to wykreślenie podwójnego szczytu i
spadek 282 pkt. na styczniowy dołek, co jednocześnie zrealizowałoby zasięg
spadku wynikający z tej formacji. Na marginesie przypomnę, że o formacji
podwójnego szczytu można tak naprawdę mówić nie w momencie jej potencjalnego
powstawania (potencjalnie to każda formacja może zostać wykreślona), ale
dopiero w momencie wygenerowania sygnału jakim jest przebicie linii szyi
(dołek z 16/18 stycznia). Wielu inwestorów traktuję trend jako zakończony
już w momencie nieudanego pokonania szczytu, co nie ma żadnego uzasadnienia.
Scenariuszem tak głębokiego spadku na styczniowe minima absolutnie nie
straszę. Wręcz przeciwnie. Nawet jeśli bowiem założyć ten najbardziej
negatywny scenariusz podążania za Dow Jones (w zeszłym tygodniu po głębokich
spadkach w USA indeksy wszystkich emerging markets ruszyły do testowania
szczytów hossy), to nawet taka 300 pkt. przecena wciąż pozostaje korektą
jedynie do pierwszego ważnego zniesienia Fibonacciego (38,2%). I to dalej
jedynie w odniesieniu do fali wzrostowej rozpoczętej w październiku 2005 r.
Zawsze powtarzam, że spadek tylko do tej wartości jest dla danej fali
wzrostowej (lub spadkowej) jedynie płytką korektą wcześniejszego ruchu i
świadczy o sile trendu. Potwierdzeniem tego było zachowanie rynku w
październiku, gdy WIG20 niemal co do punktu zawrócił właśnie na zniesieniu
38,2% (fali wzrostowej od maja) i po przebiciu szczytów z przełomu
września/października zdynamizował trend wzrostowy kreśląc w ostatnim
tygodniu kolejny szczyt aż 348 pkt. wyżej niż ten sprzed 3,5 miesięcy.
Podsumowując - ewentualna korekta będzie kolejnym etapem styczniowej
nerwówki. Ale jeszcze za wcześnie na mówienie o końcu hossy. Na trwalszą
zmianę trendu na emerging markets trzeba jeszcze poczekać.
[email protected]