W latach 1990-1996 rynki wschodzące trzymały się reguły Pablo Guidottiego, byłego argentyńskiego ministra finansów, i Alana Greenspana, jeszcze do niedawna szefa amerykańskiej rezerwy federalnej. Banki centralne starały się, aby rezerwy walutowe odpowiadały rocznym zobowiązaniom zagranicznym.
Zmieniło się to po kryzysie finansowym w Azji (1997-1998), i w III kwartale ubiegłego roku rezerwy walutowe na rynkach wschodzących o 1,5 bln USD były wyższe niż krótkoterminowe zobowiązania wobec zagranicy.
Same Chiny w ciągu minionych dwóch lat podwoiły swoje zasoby, a pod koniec lutego wynosiły one już 853,7 mld USD, co wywindowało ten kraj na pozycję światowego lidera.
Wprawdzie część rezerw walutowych inwestuje się w amerykańskie obligacje skarbowe, ale Larry Summers twierdzi, że realna stopa zwrotu jest bliska zera. Dlatego proponuje, aby Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy przestały zajmować się wyłącznie udzielaniem pożyczek krajom w potrzebie i zajęły się też inwestowaniem części rezerw za pośrednictwem specjalnego wehikułu finansowego, działającego jak fundusz hedgingowy.
Za pośrednictwem takiego funduszu, zarządzanego przez profesjonalistów, można by zainwestować około pół biliona dolarów. Minimalną stopę zwrotu były sekretarz skarbu szacuje na 6 proc. Większą część zysków otrzymaliby inwestorzy, fundusz zaś w formie prowizji zatrzymałby 1-2 proc. kapitału. Te pieniądze (5 mld USD) mogłyby następnie trafić do światowej gospodarki m.in. w formie darowizn czy pomocy w spłacie zobowiązań.