Cena miedzi jest objawem ogólnego ożywienia gospodarczego, które oddziałuje na wszystkie segmenty gospodarki. Banki nie rosną tylko dlatego, że w górę idą notowania KGHM.
Dotknął pan jednocześnie ważnej kwestii zależności między realną gospodarką a rynkami finansowymi. Nie przebiegają one w jedną stronę. Z jednej strony, giełdy są barometrem gospodarki. Z drugiej - mamy tzw. wealth efekt, czyli zależność wydatków konsumentów od zmian wartości majątku, wynikających ze zjawisk zachodzących na rynkach finansowych. Na świecie łatwo powiązać nastroje konsumenckie ze sprzedażą detalicznej, a tź ostatnią z zachowaniem rynków akcji. Czy takie zjawiska w polskiej gospodarce już obserwujemy? Trudno powiedzieć.
Powstaje pytanie, na ile powierzający funduszom akcji w tym roku kapitał są świadomi, że w przypadku pogorszenia koniunktury nie będą w stanie uniknąć strat.
Definicja funduszu akcyjnego sugeruje, że klient oczekuje, że kupując Statuty zezwalają jednak na zmienne zaangażowanie w akcje, co daje klientom przesłanki do przypuszczenia, że wraz ze zbliżaniem się hossy ku końcowi zarządzający będzie ograniczał udział akcji w portfelu. Natomiast z wypowiedzi wynika, że alokacja jest bliska górnym limitom.
Zarządzający są w pewnym stopniu więźniami sukcesu - napływające pieniądze trzeba alokować. Aby ograniczać ryzyko, można w ramach wyznaczonego zaangażowania na rynku akcji przesuwać środki do poszczególnych sektorów czy grup spółek (mniejszych lub większych). Jednocześnie jest możliwość inwestowania w spółki spoza benchmarku.
Wróćmy jeszcze do rynków finansowych. Z czego wynika spadek dolara w ostatnich tygodniach? Czy nie jest zapowiedzią jakichś perturbacji na rynkach?
W perspektywie najbliższych pięciu lat rokowania dla dolara są bardzo słabe. Były dobre, gdy kapitał płynął do sektorów skoncentrowanych w Stanach Zjednoczonych. Działo się to w drugiej połowie lat 90. Najsłabsze były waluty emerging markets, bo przy taniejących surowcach kapitał odpływał z sektorów starej ery i płynął do branż nowej ery, czyli informatycznych i telekomunikacyjnych.
W tej dekadzie sytuacja jest zupełnie odwrotna. Od przełomu 2000 r. i 2001 r. kapitał opuszcza sektor technologiczny, bo nastąpiło w nim załamanie. Równocześnie w pewnym momencie inwestorzy zorientowali się, że mamy do czynienia z największą od 20 lat hossą na rynkach surowców. Dlatego uznali, że pieniądze są do zarobienia w sektorach będących beneficjentami hossy surowcowej. Te zaś są skoncentrowane na rynkach peryferyjnych.
Dolar będzie słabł, dopóki surowce będą drożeć. W momencie gdy przez chwilę inwestorzy zwątpią w kontynuację wzrostu cen towarów, ich ceny spadną, kapitał zacznie szukać nowej przystani. Pojawi się zapotrzebowanie na "nieźle oprocentowane bezpieczeństwo". To będzie oznaczać ucieczkę w amerykańskie obligacje skarbowe. Po tąpnięciu na rynku surowców zaczną następować obniżki stóp w USA i w ślad za tym rentowność zmaleje o - powiedzmy - 2 pkt proc.
Hossa na rynku towarów w ubiegłym roku miała się dobrze, a dolar przecież mocno zyskiwał.
Inwestorzy uświadomili sobie teraz, że ożywienie na świecie trwa, spowolnienie w USA nie postępuje tak, jak się spodziewano na początku roku. To znaczy, że stopy procentowe zajdą wyżej niż sądzono. Opłaca się zatem czekać, by zająć pozycję na bardziej atrakcyjnym poziomie. Nie ma sensu już teraz lokować w dolara, skoro za kilka miesięcy będzie można uzyskać lepszy procent.
Zauważmy przy tym, że słabość sektorów cyklicznych (m.in. spółki surowcowe) względem defensywnych (konsumpcyjnych) sprzyja wzmocnieniu dolara. Na tej podstawie można postawić tezę, że jakiekolwiek silne osłabienie w sektorach cyklicznych objawi się wzmocnieniem dolara.
Do tego przez ostatnie 30 lat można wykazać zależność kursu dolara wobec głównych walut europejskich od różnicy w rentowności obligacji.
Warto też odnotować, że o ile w latach 2003-2004, kiedy stopy w Stanach wynosiły 1 proc., inwestorzy pożyczali środki na amerykańskim rynku i lokowali je tam, gdzie można było uzyskać wyższe zyski ("carry trade"). Gdy stopy w Stanach Zjednoczonych przewyższyły poziom europejski, takie zjawisko przeniosło się na Stary Kontynent - zaczęło się opłacać pożyczać w euro na 2 proc. i lokować gdzie indziej.
Siła dolara w minionym roku wynikała w sporym stopniu z zamykania krótkich pozycji w tej walucie. Ostatnie umocnienie euro analogicznie mogło wynikać z zamykania krótkich pozycji, będących wynikiem wcześniejszych pożyczek we wspólnej walucie.
Nie ma więc szans na zyski z dolara? Pod koniec minionego roku widział Pan szanse na zarobek, jeśli nadarzy się okazja kupna po ok. 3 zł.
Jestem przeciwny tezie o krachu dolara już teraz. Sądzę, że raczej przeżyjemy falę jego aprecjacji w wyniku realokacji kapitału z peryferiów do centrum. W takim ujęciu lokaty w USD - czy szerzej waluty - byłyby w tym roku rodzajem zabezpieczenia przed ryzykiem spadku cen akcji i obligacji. Antydolarowy nastrój jest obecnie równie silny, jak w listopadzie 2004 r., a więc na 1,5 miesiąca przed dołkiem poprzedzającym 10-miesięczną korektę w 2005 r. Dla mnie celem dla kursu EUR/USD jest 1,28-1,29, co przełożyłoby się u nas na spadek dolara do ok. 2,92 zł.
Jednak "kontrariańskie założenie", że dolar na przełomie czerwca i lipca ustanowi minimum i w związku z tym należy kupić go poniżej 3 zł i potem na odpływie kapitału z emerging markets silnie zarobić, jest zabawą w stawanie na torach przed pędzącym ekspresem z silnym przekonaniem, że zatrzyma się on dokładnie przed naszym nosem. Tę zabawę - na dużą skalę - można polecać tylko inwestorom świadomym długoterminowego ryzyka związanego z lokatami w "imperialną" walutę.
Dziękuję za rozmowę.