Wpływ był bardzo zróżnicowany w poszczególnych bankach. Największymi osiągnięciami mogli się pochwalić liderzy rynku, tacy jak BZ WBK, Pekao czy ING BSK, który mimo że nie ma własnego TFI, to z powodzeniem sprzedaje fundusze siostrzanej spółki z grupy ING. Są też banki, które dopiero tego się uczą. Inne - jak Bank Handlowy czy BRE (za pośrednictwem mBanku) - prowadzą politykę otwartej platformy, oferując klientom całą gamę funduszy. Na razie w wynikach tych banków nie widać spektakularnego wzrostu dzięki sprzedaży funduszy. Z drugiej strony, w dłuższej perspektywie takie podejście może się okazać bardziej udane. To możemy zobaczyć już w II kwartale, jeżeli pogłębi się obecna korekta na rynku akcji. W takiej sytuacji wizerunek banków prowadzących politykę otwartej platformy ucierpi mniej niż banków identyfikowanych z jednym funduszem, który dawał nadzieje na ponadprzeciętny wzrost.
Wróćmy do całego sektora bankowego. Czy zdoła on utrzymać taką dynamikę zysków, jak do tej pory?
To będzie o tyle trudne, że punkt odniesienia znajduje się na coraz wyższym poziomie. W zeszłym roku każdy kolejny kwartał był coraz lepszy. Myślę, że takiej dynamiki nie uda się bankom utrzymać, ale mam nadzieję, że powtórzy się sytuacja z ubiegłego roku. Wówczas po I kwartale zarządy i analitycy też byli bardzo wstrzemięźliwi w podnoszeniu prognoz. Teraz jest podobnie. Oczekiwania oscylują wokół 10 proc. Dynamika zysków będzie zależeć od kilku czynników, od sytuacji w poszczególnych segmentach działalności. Jeżeli nie dojdzie do ogólnego załamania w gospodarce, to byłbym spokojny o część detaliczną. Są też szanse na ożywienie w części korporacyjnej. Dotąd wzrost przychodów banków wynikał przede wszystkim z dużej dynamiki części detalicznej. Jeżeli polepszy się sytuacja w segmencie korporacyjnym, to wyniki mogą się okazać lepsze niż teraz sądzimy. Z kolei patrząc na poszczególne elementy wyników, to widać, że najważniejsze są cztery sprawy. Pierwsza to kwestia marż odsetkowych, które wbrew obawom nie spadają. W I kwartale były prawie na poziomie z IV kwartału (mediana 3,1 proc. wobec 3,2 proc.). Druga kwestia to wspomniany wynik prowizyjny, o którym zadecyduje nie tylko koniunktura na rynku funduszy inwestycyjnych, ale także podnoszenie cen usług, co banki mogą wciąż stosować na niewielką skalę. Możliwe też, że nawet jeśli fundusze będą się gorzej sprzedawać, to tę lukę wypełnią inne oszczędnościowe produkty. Dobra koniunktura w gospodarce powinna spowodować wzrost oszczędności, a poszukiwanie korzystnego sposobu ich lokowania doprowadzi do powstania nowych produktów. Kolejna ze wspomnianych czterech kwestii to koszty, które na szczęście wzrosły minimalnie, a istniało ryzyko, że będzie inaczej, bo od początku tego roku słyszymy zapowiedzi banków, że będą rozbudowywać sieci oddziałów. Po paru latach, kiedy właściwie nie było o tym mowy, teraz znowu rozbudowa oddziałów staje się nośnym hasłem. Ostatnia sprawa to koszty ryzyka kredytowego. Intrygująca jest wyraźna różnica między wysokimi kosztami ryzyka w dwóch dużych bankach: Pekao i BPH, gdzie stosunek rocznego salda utworzonych i rozwiązanych rezerw do średniego poziomu kredytów oscyluje wokół 0,8 proc., a znacznie niższymi kosztami ryzyka w pozostałych bankach. Można się spodziewać, że także w tych bankach koszty ryzyka powrócą do poziomu, jaki cechuje BPH i Pekao. Podczas gdy trzy, cztery lata temu prognozowano większe saldo rezerw niż się później okazało, tak teraz może również dojść do niespodzianki, ale tym razem niemiłej. Może się okazać, że w drugim półroczu salda rezerw będą wyższe niż teraz zakładamy. To może się na tegoroczny wynik jeszcze nie przełożyć w większym stopniu, ale może wpłynąć na prognozy na kolejne lata.
Na ile szacuje Pan wzrost zysków banków w tym roku?
Zysk netto w 2006 r. powinien zwiększyć się o 11 proc.. Pomijam tu zeszłoroczne jednorazowe wydarzenia, które wpłynęły na zyski Kredyt Banku i Millennium.
Czy wyniki finansowe uzasadniają obecny poziom notowań banków?