Zmniejszenie wydobycia i sprzedaży ropy naftowej przez Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, krajowego monopolisty na rynku gazu, wydaje się mało znaczącą sprawą. Przecież PGNiG zajmuje się gazem, a pozyskiwanie ropy i takie przedsięwzięcia, jak produkcja helu, są tylko dodatkiem do działalności podstawowej.
Jednak jeżeli spojrzy się na wyniki finansowe grupy, perspektywa się zmienia. Okazuje się, że to wydobycie jest głównym źródłem zysku giganta. Decydującą rolę w wynikach tego segmentu ma pozyskiwanie i sprzedaż ropy.
Powstaje pytanie, dlaczego gazowa spółka nie koncentruje się i nie zarabia na podstawowej działalności, czyli na handlu gazem? Odpowiedź jest stosunkowo prosta - bo to jej się nie opłaca. Rynek handlu gazem jest w Polsce rynkiem sterowanym przez Urząd Regulacji Energetyki i ceny gazu ziemnego nie zależą od gry rynkowej, tylko od polityki urzędu regulującego ich poziom.
Jak uczy nas doświadczenie ponad 40 lat realnego socjalizmu, system centralnego sterowania cen rodzi paradoksy i zaburza poprawne działanie gospodarki. Choć dzięki powstrzymywaniu wzrostu taryf na gaz część przedsiębiorstw ma większe zyski, lub wręcz broni się przed bankructwem, to przecież ktoś musi za to płacić. W tym przypadku jest to PGNiG i jego akcjonariusze, a wśród nich Skarb Państwa, czyli... wszyscy obywatele płacący podatki. Na razie chodzi tylko o mniejsze zyski spółki, ale jeśli cena ropy spadnie lub zasoby tego surowca się skurczą, to będziemy musieli dopłacać. My, obywatele.