Reklama

Laurence Tisch Tanie nie zawsze znaczy dobre

Skuteczne inwestowanie w wartość polega na wyszukiwaniu prawdziwych perełek wśród spółek, które nawet pies z kulawą nogą ominąłby szerokim łukiem. Tę właśnie sztukę Laurence Tisch opanował do perfekcji

Publikacja: 17.11.2006 07:19

Podejmując decyzje inwestycyjne Laurence Tisch rzadko wybierał konwencjonalny sposób działania. Zwykle szedł na przekór przyjętej wiedzy dotyczącej wartości i sposobów jej wydobywania. W ten sposób postępował w stosunku do wszystkich swoich przedsięwzięć: od nieruchomości, przez zegarki, po papierosy. Być może właśnie dzięki takiej uporczywości udało mu się zgromadzić słynną fortunę. A ta była naprawdę imponująca. W 2002 roku ze swoim majątkiem wartym 2,2 miliarda dolarów Tisch znalazł się na 80 miejscu w zestawieniu najbogatszych ludzi świata przygotowywanym cyklicznie przez "Forbes".

Nazwisko Tischa nie jest zwykle w pierwszej kolejności kojarzone z rynkiem kapitałowym, ale z innymi inwestycjami: w telewizję czy w nieruchomości. To właśnie z tą ostatnią branżą wiąże się początek kariery słynnego magnata medialnego i hotelowego. Historia zaczyna się w 1946 roku, kiedy to rodzina Tischów sprzedała pole campingowe, a uzyskane w ten sposób 125 tysięcy dolarów zamierzała zainwestować w jakiś hotel na Florydzie.

Nad oceanem trwała wówczas prawdziwa hossa na rynku hotelowym, a tysiące inwestorów kupowało nieruchomości, ciesząc się wyjątkowo dobrą koniunkturą. Dwudziestotrzyletni Laurence namówił rodzinę, aby pójść pod prąd powszechnym trendom i rozejrzeć się za hotelem gdzieś bliżej domu. Jego zainteresowanie wzbudził 300-pokojowy Laurel-in-the-Pines w miejscowości Lakewood. Oferowana cena wynosiła 375 tysięcy dolarów, co dawało 1250 dolarów za pokój. Na Florydzie spekulanci windowali ceny do średnio 12 tysięcy za pokój.

Skąd wynikała taka różnica w cenach? Złożyło się na nią kilka czynników. Właściciele dużych posiadłości, jaką było Laurel-in-the-Pine, często zaniedbywali swoje włości, na czym cierpiała cena. Nie bez znaczenia była pęczniejąca na Florydzie bańka spekulacyjna, która gromadziła sporą część kapitału w USA, a także obawa analityków o rychłe nadejście powojennej recesji. Tisch podszedł z dystansem zarówno do obaw specjalistów z branży, jak i do entuzjazmu spekulantów z Florydy. Zachowując ostrożność, postanowił wydzierżawić hotel. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę.

Już podczas tej pierwszej w życiu inwestycji przyszły magnat hotelowy pokazał swoją niezwykłą umiejętność wydobywania wartości tam, gdzie inni jej nie dostrzegają. Tisch zdecydował się poprawić wizerunek hotelu: sprowadzał artystów estradowych, zbudował basen oraz lodowisko. Organizował też oryginalne imprezy, jak zawody koszykówki na lodzie, na które sprowadzał, na przykład, renifery z Finlandii. W efekcie tych pomysłowych zabiegów Laurel-in-the-Pines stał się tak popularny, że rodzinie Tischów już po 2 latach udało się z zysków wykupić cały hotel.

Reklama
Reklama

Imperium się rozrasta

Dzięki stałym dochodom, jakie inwestor uzyskiwał z ośrodka w Lakewood, pojawiła się możliwość przejęcia kolejnych hoteli. W niedługim czasie w posiadaniu Tischa znalazł się również ośrodek letni w górach Catskill, a w 1950 hotel Traymore w Atlantic City. Ten drugi został kupiony za 4,35 miliona dolarów, co nie było wówczas szczególnie wygórowaną ceną za obiekt tej klasy. W ciągu 12 miesięcy Tisch zdołał przerobić nieruchomość w Atlantic z sypiącej się rudery w błyszczący hotel. Odnowiony został bar, basen, hol, obniżono koszty zatrudnienia. Słowem, dzięki takim operacjom nierentowny hotel stał się dobrze funkcjonującym, przynoszącym zyski przedsiębiorstwem, które Tisch po roku sprzedał za 11 milionów dolarów.

Później hotelowe imperium Tischa rozrastało się już w błyskawicznym tempie. Kupował nieruchomości znajdujące się między innymi na Florydzie i Manhattanie. Transakcje zawsze przebiegały według podobnego schematu: przyszły magnat rozpoznawał w czymś ukrytą wartość, kupował hotel praktycznie za bezcen, po czym po wydobyciu z niego prawdziwej wartości odsprzedawał ze sporym zyskiem.Majątek Laurence?a Tischa to jednak nie tylko hotele. Jego działalność była o wiele szersza - wielki inwestor był wszędzie tam, gdzie widział ukrytą wartość. Przykładowo w latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy nastąpiło gwałtowne załamanie koniunktury energetycznej, Tisch skierował swój wzrok na platformy wiertnicze. Cena ich zakupu była wówczas niższa niż koszt postawienia nowych obiektów. Gdy jednak wkrótce dzięki postępowi technicznemu jakość odwiertów poprawiła się, stawki za szyby wiertnicze raptownie wzrosły. Platformy, które Tish nabywał za 5 mln, w niedługim czasie przynosiły 25 mln dolarów zysków rocznie. W 1985 roku firma Loews Corporation, która zajmowała się biznesem naftowym Tischa, weszła na giełdę, a ceny jej akcji w ciągu 12 lat wzrosły czterokrotnie.

Oszczędność czyni cuda

Dlaczego Tisch w swoich strategiach inwestycyjnych wybrał właśnie strategię "kupuj tanio - sprzedawaj drogo"? Częściowo wynikało to zapewne z jego osobowości. Obok Warrena Buffeta, słynny bogacz jest chyba drugim najbardziej znanym skąpcem w Stanach Zjednoczonych. Pomimo zgromadzenia olbrzymiej fortuny nigdy nie zmienił stylu życia, do którego przyzwyczaił się w młodości. Wraz z rodziną mieszkał w niewielkiej, 1-akrowej posiadłości, a znajdujący się na niej dom nie posiadał nawet żadnego systemu alarmowego. Jego skąpstwo znalazło również odbicie w działalności biznesowej - Tisch słynął z bezwzględnego cięcia kosztów. Gdy w 1986 roku został wybrany na prezesa CBS - sieci telewizyjne znanej z rozrzutności - jego pierwsze decyzje zaraz po wejściu do siedziby dotyczyły zmniejszenia liczby umundurowanych strażników w holu. W następnej kolejności ograniczył usługi kurierskie, korzystanie z usług maszynistek oraz limuzyn.

Prócz biznesu naftowego, telewizji czy nieruchomości Lauerence Tisch to także wielki inwestor giełdowy. Dzięki niecodziennemu wyczuciu wartości był w stanie znaleźć na giełdzie prawdziwe perełki, których nie dostrzegli inni gracze. Jego technika nie daje jednak wielkich możliwości zastosowania przez szarego Kowalskiego inwestującego na warszawskim parkiecie. Dlaczego? Tisch miał w zwyczaju kupować jedynie takie pakiety akcji, które wystarczały do przejęcia kontroli nad firmą. Dzięki temu mógł wziąć sprawy we własne ręce i usunąć przyczynę niedowartościowania - nieefektywny zarząd czy też działalność przynoszącą straty.

Reklama
Reklama

Weźmy na przykład firmę CNA Financial, ubezpieczyciela, którego akcje w 1974 roku notowane były z dużym dyskontem w porównaniu z innymi przedstawicielami branży. Tisch planował początkowo kupno 5 procent udziałów, gdy jednak zorientował się, że przyczyną niskiej wyceny jest złe zarządzanie, natychmiast skupił w drodze wezwania pakiet kontrolny. Po przejęciu władzy nad firmą jego pierwszymi czynnościami było zwolnienie dotychczasowego prezesa i zredukowanie zatrudnienia o 12 proc. W następnej kolejności sprzedał 3 piętra biurowca, w którym znajdowała się siedziba, a gdzie wcześniej były biura zarządu i pozbył się wszystkich niedochodowych przedsięwzięć. Po roku przekształcił przynoszące 207 mln dolarów rocznych strat towarzystwo ubezpieczeniowe w prężnie działającą firmę notującą 110 mln dolarów zysków. Wpływ na jej wartość rynkową był oczywisty.

Nie ma zysku bez ryzyka

Strategia postępowania Tischa, mimo że pozornie wydaje się dość prosta i bezpieczna, nie była wcale pozbawiona ryzyka. Wszystkie jego przedsięwzięcia opierały się na przejmowaniu fatalnie prosperujących spółek i stawianiu ich na nogi. Sprawa jednak nie była często tak łatwa, na jaką wyglądała. Trudno jednoznacznie powiedzieć, dzięki czemu Tisch osiągnął tak wielki sukces. Zdecydowały umiejętności czy też może szczęście?

Przykładowo, nabycie platform wiertniczych nie było przedsięwzięciem, które wymagało szczególnych umiejętności zarządczych. Potrzeba było raczej gotówki, żeby przeczekać okres dekoniunktury i nie pozwolić na upadek firmy. Jeżeli kiepska sytuacja w energetyce przeciągnęłaby się bardziej, Tisch mógłby nie być dziś amerykańską legendą, tylko zwyczajnym bankrutem.

Zupełnie bezpieczne nie było również przedsięwzięcie hotelowe w Lakewood. Gdy w latach sześćdziesiątych linie lotnicze zaoferowały tanie przeloty do Puerto Rico i na Florydę, Laurel-in-the-Pines jako miejscowość wypoczynkowa praktycznie przestało się liczyć. Jedynym ratunkiem wydawało się zburzenie hotelu i zastąpienie go tańszymi w utrzymaniu domkami kempingowymi. Szczęściem w nieszczęściu był pożar, który w 1967 roku doszczętnie strawił hotel. Co ciekawe, Tischowie nigdy nie byli przesłuchiwani w sprawie wypadku, a ich strata została w całości pokryta z odszkodowania.

Ubezpieczeniowa porażka

Reklama
Reklama

Aby uświadomić sobie, jak duże ryzyko niósł ze sobą styl Tischa, warto przytoczyć jego największą chyba porażkę - inwestycję w Equity Fundind w 1973 roku. Papiery firmy były wówczas śmiesznie tanie, przynajmniej biorąc pod uwagę wskaźniki rynkowe. Krążyły jednak plotki, że zarząd jest nie do końca uczciwy wobec akcjonariuszy. Gdy ceny akcji spadły z 28 do 20 dolarów za sztukę, Tisch dokładnie przeanalizował sytuację. Nie znajdując uzasadnienia dla tak niskiej wyceny, zaczął skupować walory. Pech chciał, że giełdowe plotki okazały się prawdą i zarząd przyznał się do fałszowania sprawozdań finansowych. Zanim amerykańska komisja papierów wartościowych zawiesiła notowania, słynnemu miliarderowi udało się bez większych strat sprzedać 20 procent posiadanych akcji. Po złożeniu wniosku o upadłość spółki roszczenia akcjonariuszy zostały ostatecznie wycenione na 2,5 dolara na papier. Słowem, Tisch stracił niemal cały zainwestowany kapitał.

Czy tej porażce można było zapobiec? Tisch wprawdzie zwykł później mawiać, że każdy jest mądry po fakcie, a grając na rynku trzeba albo wierzyć we wszystkie informacje, albo odrzucić każdą, jednak chyba nie do końca było to prawdą. Po bardzo dokładnej analizie uważny inwestor zainteresowałby się, jak to możliwe, że spółka regularnie zwiększała zyski i przychody, podczas gdy cała branża znajdowała się w recesji. Poza tym, ciekawe różnice ujawniły się pomiędzy prospektami Equity Funding oraz towarzystwa ubezpieczeniowego Penn Life. Zarząd pierwszej spółki utrzymywał, że sprzedał polisy na życie firmy Penn Life za 263 miliony, podczas gdy w prospekcie emisyjnym drugiej figurowała jedynie kwota 57 milionów dolarów. Te rozbieżności wykryto jednak dopiero po latach.

Jaki wniosek płynie z tej historii? Niskie wyceny nie zawsze muszą oznaczać wysoką wartość. Jeżeli ceny akcji spadają, to niekoniecznie jest to efekt paniki zbyt rozemocjonowanych spekulantów. Często za zniżką mogą kryć się solidne podstawy. Dlatego też, prócz umiejętności wyszukiwania wartości, w strategii Laurence'a Tischa nie mniej ważny był również drugi element - wystarczająca ilość gotówki, aby przejąć kontrolę nad firmą i własnoręcznie rozwiązać jej problemy. Niestety, jest to również powód, dla którego większość inwestorów może metody amerykańskiego miliardera jedynie podziwiać, bo na wcielenie ich w życie nie ma raczej większych szans.

fot. bloomberg

Filantrop

Reklama
Reklama

Obok przedsięwzięć

inwestycyjnych sławy Tischowi dodała również jego działalność charytatywna. Słynny inwestor potrafił przeznaczać horrendalne sumy na

finansowanie przeróżnych projektów non profit. Pod jego skrzydłami znalazły się między innymi Metropolitan Museum of Art, New York University, the NYU Medical Center czy Wildlife Conservation Society. Swego czasu ten słynący z oszczędności miliarder wyłożył też na przykład 4,5 miliona dolarów na stworzenie ogrodu zoologicznego dla dzieci w Central Parku w Nowym Jorku. Słowem, okazuje się, że nawet największy skąpiec może czasami zechcieć podzielić się swym bogactwem.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama