Inwestorzy wrócili na giełdę w Bangkoku, ale nie oznacza to, iż w dłuższej perspektywie zaufają tajlandzkim władzom, które wystawiły ich na ciężką próbę.
W poniedziałek Bank Tajlandii ogłosił, że wprowadza mechanizmy zmierzające do zahamowania napływu kapitału spekulacyjnego z zagranicy, który windował kurs bahta, miejscowej waluty. Ta aprecjacja biła po kieszeni eksporterów, bo w przeliczeniu na bahty ich dochody spadały.
Zgodnie z zarządzeniem banku centralnego, inwestorzy zagraniczni mogą obracać w Tajlandii tylko 70 proc. przetransferowanych pieniędzy. Reszta trzymana jest w rezerwie na kontach bankowych. Całą kwotę mogą wycofać z tego kraju dopiero po upływie roku, a jeśli uczynią to wcześniej, zapłacą karę w wysokości jednej trzeciej 30-proc. rezerwy. Te restrykcje początkowo nie dotyczyły bezpośrednich inwestycji i transakcji dokonywanych w ramach wymiany towarowej.
Kosztowna decyzja
We wtorek władze Tajlandii mogły się przekonać o skuteczności tego mechanizmu zabezpieczającego przed napływem gorącego pieniądza spekulacyjnego. Na giełdzie doszło do gwałtownej wyprzedaży akcji, a SET, główny indeks, podczas sesji tracił nawet 19,5 proc. Ostatecznie notowania zakończyły się 15-proc. spadkiem. Bank centralny łatwo mógł ocenić koszty decyzji o kontroli przepływu kapitału, gdyż kapitalizacja giełdy w Bangkoku zmniejszyła się o 23 mld USD.