Na rynkach surowcowych coraz bardziej widoczna jest presja podaży. Paniczne wręcz rozmiary osiągnął atak sprzedających na rynku miedzi, która w ciągu miesiąca potaniała o ponad 20 proc. Nie mniej istotne sygnały płyną też z notowań ropy naftowej, które w czwartek wybiły się w dół po ponad dwumiesięcznej stabilizacji. Roczna zmiana cen ropy spadła do zera. Nie ma wątpliwości, że czasy hossy na rynkach surowcowych należą do przeszłości. Szczególnie w przypadku miedzi przecena nabrała rozmiarów, które nie pozwalają stwierdzić, że jest to zwykła korekta długoterminowego trendu wzrostowego. Nie bezpodstawne stały się obawy, że mamy raczej do czynienia z odwróceniem tego trendu. Nawet jeśli w najbliższym czasie dojdzie do silnego odbicia (a jest to możliwe z uwagi na panikę na rynku), to jednak negatywne sygnały są obecnie zbyt wyraziste, by można było oczekiwać trwałej poprawy sytuacji.
Sygnał osłabienia
gospodarczego?
Fakt, że ruch spadkowy na rynku miedzi doprowadził już do zniesienia 40-proc. fali wzrostowej zapoczątkowanej na jesieni 2002 r. dobitnie świadczy o tym, że czynniki stojące za wyprzedażą czerwonego metalu nie są jednorazowe (np. realizacja zysków). Uzasadnione są obawy, że spadające ceny dyskontują pogorszenie koniunktury gospodarczej na świecie. Jeśli tak, to rynki wschodzące mają przed sobą kiepskie perspektywy - to w nie właśnie mniejszy wzrost gospodarczy może najbardziej uderzyć, gdyż w takich warunkach inwestorzy szybko wycofują się na bardziej bezpieczne rynki rozwinięte.
Na razie krach notowań czerwonego metalu w niewielkim stopniu odbił się na kursach akcji na rynkach wschodzących. Korekta spadkowa indeksu MSCI Emerging Markets jest zbyt mała, by zagrażała trendowi wzrostowemu. Rynki wschodzące wydają się na pierwszy rzut oka wyjątkowo odporne na spadające ceny surowców w porównaniu z majem ub. r., gdy inwestorzy uciekali z obu rynków jednocześnie.