Wniosek o upadłość spółki z możliwością zawarcia układu z wierzycielami złożył zarząd Elektrimu. Zrobił to w czwartek, a spółka poinformowała o tym w piątek po sesji. Dość nieoczekiwanie dla wszystkich. Nie przeczuwali tego najwyraźniej giełdowi gracze, bo w ciągu dnia notowania Elektrimu zachowywały się jak na tę firmę tylko trochę gorzej niż cały, tracący na wartości rynek. Ceny akcji konglomeratu spadły na zamknięciu sesji o 6,5 proc., do 9 zł, podczas gdy WIG obniżył się o 3,2 proc.
Piątkowy raport bieżący Elektrimu głosił, że "zarząd kierował się koniecznością sprawiedliwego zaspokojenia wszystkich wierzycieli". Spółka skarżyła się, że mimo to, iż ma majątek pozwalający na pełne pokrycie jej zobowiązań, to jest on prawie w całości zabezpieczony (do kwoty 725 mln euro) na rzecz obligatariuszy. Elektrim kolejny raz podkreślał, że nie może dysponować majątkiem, mimo że spłacił obligacje (oprócz warunkowej zapłaty końcowej). Całkiem niedawno brytyjski sąd stwierdził jednak, że firma musi dopłacić powiernikowi obligacji 40 mln euro. Wówczas zwolnione mają zostać zastawy na jej majątku. Elektrim zdecydował, że nie zapłaci. Poinformował, że wystąpił do Vivendi z żądaniem uiszczenia tej kwoty.
Dlaczego do Vivendi? Francuski koncern, jako jeden z obligatariuszy, protestował przeciwko temu, aby powiernik przekazał pieniądze od Elektrimu posiadaczom obligacji. Francuzi starają się bowiem zmusić konglomerat, aby przyznał, że są właścicielem udziałów w Polskiej Telefonii Cyfrowej. Z tym związana jest druga część problemów Elektrimu. Vivendi i spółka zależna koncernu - Elektrim Telekomunikacja - procesują się z nim o miliardy euro. - Zarząd zdecydował się oddać w ręce sądu osąd, jaki jest stan zobowiązań Elektrimu oraz czy spółka jest je w stanie spłacić - wyjaśniła Ewa Bojar, rzecznik spółki.
Obligatariusze oświadczyli, że są zdziwieni wnioskiem o upadłość Elektrimu.