Sygnity (d. ComputerLand) jeszcze do niedawna kojarzone było z firmą, która bardzo dobrze dba o swoich pracowników. Wysokie pensje i spore premie były na porządku dziennym. Samochód służbowy (bez limitu kilometrów) był integralną częścią wynagrodzenia większości zatrudnionych, bez względu na to, czy naprawdę był im potrzebny do wykonywania zajęć. Efekt - flota samochodowa była wyjątkowo liczna, znacznie większa niż u konkurencji. Podobnie Sygnity biło na głowę rywali, jeśli chodzi o liczbę pracowników administracyjnych.
Spółka radziła sobie całkiem nieźle z finansowaniem tak rozbudowanych kosztów. Interes się kręcił, dopóki firma zdobywała nowe zlecenia. Zastój na rynku zamówień publicznych, marazm w sektorze bankowym i brak zamówień z branży telekomunikacyjnej sprawiły jednak, że Sygnity zamiast zysków zaczęło w szybkim tempie generować straty.
Cięcia zaproponowane przez poprzedni zarząd, pod szumną nazwą programu CoLorado, okazały się niewystarczające. Dlatego kolejna kuracja, której autorem jest nowy zarząd Sygnity (stary zapłacił głową za nietrafione pomysły), musi być znacznie bardziej bolesna.
Zwolnienie kilkunastu procent pracowników, zmniejszenie floty samochodowej, rezygnacja z kosztownych usług zewnętrznych i odchudzenie grupy kapitałowej to najważniejsze pomysły forsowane przez obecny zarząd Sygnity.
Czy wcielenie ich w życie wystarczy, żeby spółka stanęła na nogi? Nowe władze mają spory mandat zaufania u akcjonariuszy. Jeśli zawiodą, muszą się liczyć ze srogą reakcją rynku, który może nie wybaczyć kolejnego potknięcia.