Ostatnie miesiące na amerykańskim rynku akcji są wyjątkowo dramatyczne na tle poprzednich kilkunastu miesięcy. Gwałtowna letnia wyprzedaż, późniejsze równie silne odreagowanie i wreszcie ostatnie mocne spadki związane z wygasaniem oczekiwań na kolejne obniżki stóp procentowych - ładunek emocji był ponadprzeciętny. Niezależnie jednak od poważnych fundamentalnych wątpliwości co do trwałości hossy, z punktu widzenia analizy technicznej ostatnie miesiące nie podważyły długoterminowego trendu wzrostowego. Po pierwsze, nie zostały spełnione podstawowe formalne kryteria tendencji spadkowej. Ostatni październikowy dołek S&P 500 położony był powyżej minimum sierpniowego, a to z kolei znalazło się wyżej niż dołek marcowy. O tym, że sytuacja daleka jest od dramatu, przekonują też różnorodne wskaźniki techniczne. Przykładowo, najważniejszy amerykański indeks wciąż znajduje się ponad roczną średnią kroczącą. Faktem jest co prawda, że odchylenie od tej średniej się stopniowo zmniejsza, ale zjawisko to nie różni się niczym od zachowania indeksu w ostatnich trzech latach. W tym czasie S&P 500 już 7 razy spadł poniżej owej średniej, ale w żadnym z przypadków nie zapowiadało to długotrwałego pogłębienia przeceny. W najgorszym razie ujemne odchylenie od średniej sięgnęło 2,6 proc. Do podobnych wniosków prowadzi analiza rocznego tempa wzrostu S&P 500. Wciąż jest ono bliskie 10 proc., co z pewnością nie uprawnia do twierdzenia, że zaczęła się bessa. Warto zwrócić uwagę na wyjątkowo mocny sektor technologiczny. Nasdaq Composite zdaje się zupełnie ignorować wydarzenia związane z rynkiem kredytowym i pogrążony w stratach sektor finansowy. Technologiczny indeks dopiero co ustanowił tegoroczny szczyt. Co ciekawe, roczne tempo wzrostu Nasdaqa od sierpnia jest praktycznie stałe i wynosi ok. 20 proc. Siła relatywna tego indeksu względem S&P 500 osiągnęła poziom najwyższy od stycznia 2004 r. Jak widać, inwestorzy w USA wcale nie mogą narzekać na brak okazji do zarobku.
Parkiet