Postęp nie tylko nie jest pojęciem przeciwstawnym do fundamentalnych pojęć religii i etyki, lecz na odwrót, nikt nie powinien używać tego słowa, jeśli nie posiada dogmatycznej wiary i nieugiętego kodeksu moralnego. Nie można być postępowym, nie będąc doktrynalnym. (...) Postęp bowiem, jak sama nazwa wskazuje, oznacza kierunek; a w chwili, gdy ogarnia nas najmniejsza bodaj wątpliwość co do kierunku, ogarnia nas dokładnie taka sama wątpliwość co do postępu. Myślę, że nigdy od początku świata nie było jeszcze epoki, która miała tak niewielkie prawo, jak nasza, by nazywać się postępową – to wyimek z „Heretyków" katolickiego pisarza i myśliciela Gilberta Keitha Chestertona.
Równie dobrze mógłby jednak pochodzić z wydanej niedawno po polsku „Ekonomii dobra i zła" czeskiego ekonomisty Tomáša Sedláčka. Choć brak mu tej wyrazistości poglądów ekonomicznych, która cechowała współtwórcę doktryny dystrybucjonizmu, równie celnie jak on dostrzega, że ekonomia jest nauką moralną, normatywną. Tyle że w czasach, gdy tworzył Chesterton (I połowa minionego wieku), było to jeszcze oczywiste, dziś zaś nie jest. I w tym właśnie tkwi wartość książki głównego ekonomisty banku CSOB, że tę prostą prawdę przypomina, nawet jeśli czasem w sposób nużący.
„Uważam, że ekonomia może być piękną nauką, która może interesować szeroki krąg odbiorców" – pisze Sedláček. Może, ale nią nie jest, bo ekonomiści nie chcą odgrywać roli, w jakiej chciałoby ich widzieć audytorium. „Tak jak zawsze, tak i dzisiaj ludzie chcą od ekonomistów wiedzieć przede wszystkim, co jest dobre, a co jest złe" – wyrokuje były doradca prezydenta Vaclava Havla. Ale ekonomiści uparli się, że nie są moralistami, tylko naukowcami, takimi jak – dajmy na to – fizycy czy chemicy. Przepustką do świata nauki ma być biegłe władanie aparatem matematycznym, pozwalającym ujmować ekonomiczną rzeczywistość w precyzyjne modele. Ekonomia ma bowiem opisywać ekonomiczne fakty, ale stronić od ich wartościowania. Tak w każdym razie ideał ekonomii przedstawia Sedláček.
Jest to oczywiście karykatura. Gdy ekonomista komentuje ostatni odczyt inflacyjny, pozwala sobie przecież na ocenę, czy dynamika cen jest właściwa, czy też zbyt wysoka albo niska. Zdaje sobie też sprawę z kryteriów, jakimi się posługuje. Z reguły ocenia dane, zjawiska i wydarzenia ze względu na to, czy sprzyjają rozwojowi gospodarki. Ale na kolejny szczebel analizy nie wchodzi. Nie pyta, dlaczego rozwój ten miałby być celem ludzkości. Bo żeby na to pytanie odpowiedzieć, musiałby najpierw odsłonić – wracając do cytatu z Chestertona – swój kodeks moralny. Musiałby go też uzasadnić i obronić przed zwolennikami innych kodeksów. Tego faktycznie ekonomiści na ogół robić nie chcą, bo zamiast popychać swoją dziedzinę wiedzy naprzód względem jednego punktu odniesienia (kwestii wzrostu gospodarczego) i wewnątrz ściśle określonych ram, wikłaliby się w niekończące spory o to, co powinno ten punkt stanowić.
Sedláček nikogo za takie podejście nie gani. Apeluje jedynie, aby ekonomiści uczciwie przyznali, że ich modele nie są wiernym opisem rzeczywistości, tylko swego rodzaju współczesnymi przypowieściami. Aby pomóc im to dostrzec, autor „Ekonomii dobra i zła" wytrwale śledzi w starożytnych mitach wątki i pojęcia znane ze współczesnej myśli ekonomicznej i vice versa, mity w dzisiejszej ekonomii. Spostrzega na przykład, że konfrontacje zwolenników wolnego rynku z interwencjonistami stanowią kontynuację odwiecznego sporu o to, czy człowiek jest z natury dobry, czy też zły, obecnego m.in. w eposie o Gilgameszu i w Biblii.