Okiem spekulanta
Łatwo zarobić 6 mln zł (60 miliardów starych złotych) w dwa dni? Raczej nie. Ale nieliczni mogą. Potrzeba do tego trochę kasy, garści poufnych informacji i odpowiedniego systemu giełdowego.Chcieliby zapewne Państwo zdobyć gotową instrukcję, jak zrobić taki interes, ale ja jej, niestety, nie posiadam. Wiem tylko, ile potrzeba gotówki, żeby owe 6 mln zł zarobić: około 35 milionów. Chciałbym od razu zaznaczyć, że nie jestem wyznawcą spiskowej teorii dziejów - ale też w krasnoludki od dawna już nie wierzę i fakty kojarzyć potrafię. A wyglądają one tak. Skarb Państwa sprzedał 52% akcji Pekao i 80% akcji Banku Zachodniego inwestorom zagranicznym. Giełdowi gracze też kojarzyć potrafią, więc zwietrzyli szansę, by zarobić trochę grosza na Handlowym. Bo to ostatni z dużych giełdowych banków, obok BIG-BG, który nie ma jeszcze strategicznego udziałowca. W efekcie rosnącego popytu, podgrzewanego przez spekulacje prasowe, akcje Banku Handlowego od 23 do 29 czerwca wzrosły z 49,1 do 60 zł. I oto na ostatniej sesji czerwca stała się rzecz zupełnie niespodziewana: walory Handlowego potaniały w maksymalnych dopuszczalnych rozmiarach przy najwyższym w historii wolumenie, wynoszącym 653 tys. sztuk (15 tys. obrotu na dogrywce i 638 tys. z karnetu). Dzień wcześniej akcjami banku handlowano po 60 zł i to zarówno na fixingu, jak i w czasie notowań ciągłych. Nic zatem nie zapowiadało prawie 10-procentowego spadku.Żeby sobie uzmysłowić, jak do tego doszło, trzeba wiedzieć, jak ustala się kurs na fixingu. Robi to makler specjalista w taki sposób, aby obrót był jak największy. Czyli w przypadku Handlowego wyglądało to zapewne tak, że ktoś zdecydował się na sprzedaż 653 tys. akcji po kursie dnia. Jednocześnie z drugiej strony musiały pojawić się zlecenia kupna po kursie 54,5 zł, opiewające na 638 tys. walorów. Ten, kto zdecydował się na sprzedaż tak ogromnej liczby papierów w czasie fixingu, musiał uwzględniać możliwość, że spowoduje maksymalny spadek Handlowego. W przeddzień spodziewanego pozyskania inwestora strategicznego, w czasie trendu wzrostowego i dużego zainteresowania ze strony spekulantów!? Trudno w to uwierzyć, a jednak ktoś to zrobił. Jedna z możliwości jest taka, że zmuszony do sprzedaży był inwestor, który kupił akcje na odroczoną płatność i walory sprzedało biuro. Druga - zrobił to duży inwestor instytucjonalny, realizujący zyski lub z jakichś innych nie znanych powodów; tylko w dalszym ciągu nie mogę zrozumieć, dlaczego zleceniem PKC i dlaczego na fixingu.Ale ważna jest też druga strona, czyli kupujący. Jak Państwo myślą, czy na każdej sesji na Handlowym leży popyt na 10% o wartości 35 mln zł? Moim zdaniem, nie - jest tak tylko wtedy, gdy nabywca wie, że spotka się z równie dużą podażą. Czyli, podsumowując, strona kupująca najprawdopodobniej miała dostęp do poufnych informacji o strukturze zleceń. Oczywiście, po maksymalnym spadku Handlowy już w czasie ciągłych zwyżkował o 14%, a na następnej sesji dołożył jeszcze 19%.Jaką rolę odegrał w tym system giełdowy? Ano taką, że fixing (i maksymalizacja obrotu) "pożarł" wszystkie zlecenia kupna leżące pomiędzy 60 i 54,5 zł, umożliwiając maksymalny spadek kursu akcji. Gdyby Handlowy notowany był tylko w systemie ciągłym, taka sytuacja zapewne - a raczej na pewno - nie miałaby miejsca.Pamiętają Państwo zakończenie rozgrywek piłkarskich sprzed kilku sezonów? Walczące o mistrzostwo Polski Legia i ŁKS (decydowała różnica bramek) wygrały swoje mecze odpowiednio 6:0 i 7:1. Zebrał się zarząd PZPN, na którego posiedzeniu wiecznie uśmiechnięty pan Ryszard Kulesza powiedział słynne zdanie: "Cała Polska widziała". I była to jedyna podstawa dyskwalifikacji obydwu drużyn. Mam nadzieję, że na opisywany wyżej giełdowy "przekręt" znajdą się jakieś dowody.
TOMASZ JÓŹWIK