Duże gospodarki potrafią być zarządzane w sposób bardzo chaotyczny. Takie wrażenie można odnieść, obserwując co jakiś czas zmagania w Kongresie USA z limitem zadłużenia, prowadzące czasem do chwilowego odcinania finansowania dla administracji federalnej. Wielu europejskich obserwatorów dziwi się wówczas, dlaczego supermocarstwo posiada tak nieefektywne i nadmiernie skomplikowane procedury tworzenia budżetu. Niemcy chyba jednak pozazdrościli ich Amerykanom i kilka lat temu, w okresie przedkryzysowej prosperity, wprowadzili u siebie budżetowy „hamulec” zadłużeniowy. Teraz się to na nich mści. Po tym jak niedawny wyrok Federalnego Trybunału Konstytucyjnego zablokował wykorzystanie części funduszów covidowych na cele związane z zieloną transformacją energetyczną, Niemcy znalazły się w obliczu możliwego fiskalnego paraliżu. W budżecie nagle zabrakło 17 mld euro i trzeba było zamrozić wydatki. W środę, po trudnych negocjacjach z partiami tworzącymi koalicję rządzącą, premier Olaf Scholz ogłosił zażegnanie tego kryzysu. Potrzebne oszczędności zdołano znaleźć, a nawet Zieloni zgodzili się na cięcia wydatków na transformację energetyczną. W Berlinie odetchnięto z ulgą.