Donald Trump odniósł zwycięstwo wyborcze, obiecując Amerykanom, że „osuszy bagno" waszyngtońskiej polityki. By jednak skutecznie rządzić supermocarstwem, zapewne będzie musiał sięgnąć po insiderów z tego „bagna" i obsadzić nimi przynajmniej część kluczowych stanowisk w swojej administracji. Na giełdzie nazwisk, które mogą znaleźć się w nowej ekipie rządzącej, wymieniani są już doświadczeni republikańscy politycy tacy jak: były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani (typowany jako sekretarz stanu, bezpieczeństwa wewnętrznego lub prokurator generalny) i Newt Gingrich, były przewodniczący Izby Reprezentantów (mający odpowiadać za ogólną strategię administracji). Ewentualne nominacje do resortów gospodarczych wzbudzają mniejsze emocje. Ławka kadrowa Trumpa w tej dziedzinie wydaje się być bowiem dosyć krótka. Zdecydowana większość ekonomistów mających kiedykolwiek jakieś związki z rządem USA (zarówno neoliberałów, jak i neokeynsistów) odżegnywała się w trakcie kampanii wyborczej od popierania Trumpa, a wielu z nich otwarcie wspierało Hillary Clinton. W gronie doradców ekonomicznych republikańskiego kandydata nie było akademickich sław. To jednak nie oznacza, że Trump nie jest w stanie wszystkich zaskoczyć doborem ludzi do swojej administracji.