Cele inflacyjne banków centralnych pełnią w gospodarkach rolę kotwicy. Mają dawać uczestnikom życia gospodarczego pewność co do tego, jaka, średnio rzecz biorąc, będzie inflacja, ułatwiając im planowanie, np. w zakresie inwestycji. Patrząc z tej perspektywy, w tym obszarze rewolucyjne zmiany są niepożądane. Kotwica musi być nieruchoma. Co jednak w przypadku, gdy bank centralny notorycznie celu chybia, osłabiając jego wiarygodność?
Tak było w strefie euro. Biorąc pod uwagę średnioroczną inflację, Europejskiemu Bankowi Centralnemu po raz ostatni udało się go osiągnąć w 2013 r. i tylko na chwilę. A jednocześnie polityka, którą frankfurcka instytucja prowadziła, aby podnieść inflację do celu, zaczęła powodować coraz więcej niepożądanych skutków ubocznych. Ten kontekst sprawiał, że obserwatorzy Europejskiego Banku Centralnego z trwającym od półtora roku przeglądem jego strategii – pierwszym od 2003 r. – wiązali spore nadzieje. Frankfurcka instytucja miała szansę przywrócić przekonanie Europejczyków, że inflacja będzie w okolicy 2 proc. I choć nieco ponad tydzień, okres który upłynął od ogłoszenia wyników tego przeglądu, to zdecydowanie za krótko, aby formułować jego kategoryczne oceny, trudno uniknąć wrażenia, że EBC – jak to mówią Anglosasi – „kopnął puszkę w dół ulicy". Ogłoszone w pierwszych dniach lipca zmiany celu inflacyjnego najprawdopodobniej nie pociągną za sobą żadnych namacalnych zmian w polityce pieniężnej – inaczej niż w USA, gdzie bank centralny zmodyfikował strategię niespełna rok temu. To dziwi tym bardziej, że EBC mógł nad swoim strategicznym przeglądem jeszcze popracować. Zapowiadał bowiem, że zakończy go jesienią.