Takich scen w Wielkiej Brytanii nie widziano zapewne od szoku naftowego z lat 70. Długie kolejki samochodów przed stacjami benzynowymi, kierowcy lejący paliwo na zapas do kanistrów i bijący się o dostęp do dystrybutorów, pustki na półkach w supermarketach i wojsko skierowane do rozwiązania problemu z łańcuchami dostaw. W brytyjskich mediach snute są już wizje, w których lekarze i nauczyciele nie będą w stanie dojechać do pracy, bo zabraknie dla nich paliwa. Ministrowie z rządu Borisa Johnsona stale przekonują, że Wielkiej Brytanii nie grozi niedobór paliwa. Ludzie chyba jednak w ten uspokajający przekaz nie wierzą. W sieci sklepów Halfords w ciągu poprzedniego weekendu sprzedaż kanistrów wzrosła bowiem o blisko 1,7 tys. proc. – Brytyjczycy powariowali. Oni mają już tak, że jak rząd zapewnia, że sytuacja jest pod kontrolą, to myślą, że jest naprawdę źle – stwierdził jeden z moich znajomych mieszkających w Londynie. W „The Telegraph" ukazała się natomiast karykatura, w której przedstawiciel rządu ogłasza, że paniczne wykupywanie paliwa zostaje zakazane, ale będzie można dokonywać jego „nonszalanckich" zakupów. Mieszkaniec kraju takiego jak Polska może się tylko dziwić, dlaczego w tak bogatym kraju jak Wielka Brytania pojawiły się takie szokujące niedobory...