W jakie aktywa inwestuje fundusz klimatyczny (Global Climate Change), którym pan zarządza? To są akcje spółek, które przyczyniają się do zahamowania zmian klimatycznych, czy akcje spółek, które na tych zmianach korzystają? Bo te grupy niekoniecznie się pokrywają.
Aktywa tego funduszu wynoszą około 1,3 mld euro. Chcemy, aby nasze inwestycje przyczyniały się do spowolnienia tempa zmian klimatycznych. Głównym kryterium wyboru spółek do portfela jest zatem to, co robią, co oferują, a nie to, jak konkretnie działają. Najłatwiej zademonstrować to na przykładzie. Firmy telekomunikacyjne lub medyczne mogą być niskoemisyjne i zrównoważone, ale jednocześnie ich usługi i produkty mogą nie mieć wpływu na klimat. Nas interesują firmy, które oferują coś, co przybliża nas do neutralności klimatycznej. Inwestujemy w producentów turbin wiatrowych i paneli fotowoltaicznych, operatorów farm wiatrowych i słonecznych, dostawców komponentów do samochodów elektrycznych, ale także w firmy wydobywcze, które pozyskują surowce niezbędne do zielonej transformacji. Wspieramy firmy, które nie tylko zmniejszają swój ślad środowiskowy, ale także ślad innych. Popyt na ich towary i usługi rośnie wraz ze świadomością, że klimat zmienia się na naszą niekorzyść i że należy temu przeciwdziałać.
Czy istnieje jakaś branża, którą z założenia omijacie?
Tak, nie inwestujemy w spółki gazowe, naftowe i węglowe ani producentów energii jądrowej. Takich wykluczonych branż jest więcej, ale te są najważniejsze. Można powiedzieć, że głównym kryterium wyboru spółek do naszego portfela jest to, czy oferują one towary lub usługi, które powinny być wykorzystywane w większym stopniu na drodze do zerowej emisji dwutlenku węgla, czy też takie, które powinny być wykorzystywane w mniejszym stopniu. Oczywiste jest, że świat musi zużywać mniej węgla, ropy i gazu oraz pozyskiwać więcej energii ze źródeł odnawialnych. Ale są też mniej oczywiste spółki, które przechodzą przez nasze filtry. Przykładowo, mamy udziały w czterech spółkach wydobywczych, ponieważ uważamy, że odgrywają one ogromną rolę w zielonej transformacji. Aby osiągnąć zerowy poziom emisji netto, potrzebujemy więcej litu, miedzi, aluminium, niklu i innych surowców.
Granica między tym, co jest dobre dla klimatu, a co nie, jest dość mglista. Dlaczego wykluczacie energię jądrową, skoro jest zeroemisyjna?
Wróćmy do naszego głównego kryterium wyboru: czy potrzebujemy więcej energii jądrowej w naszym koszyku energetycznym? Moim zdaniem nie. Potrzebujemy więcej energii ze źródeł odnawialnych: wiatru, słońca, wody itp. Energia jądrowa jest źródłem niskoemisyjnym, ale nie odnawialnym. Utrzymywanie elektrowni jądrowych przy życiu tak długo, jak to możliwe, jest rozsądne. Ale budowanie nowych nie jest dobrą strategią w kierunku zrównoważonej gospodarki.
Można się o to spierać. Wiatraki i panele fotowoltaiczne są niskoemisyjne, ale wymagają użycia wielu rzadkich surowców. To samo dotyczy na przykład samochodów elektrycznych. Nie emitują gazów cieplarnianych, ale emitują dużo cząstek stałych, które są częścią smogu. Co więcej, ich produkcja wymaga wielu ograniczonych zasobów. Można argumentować, że należy dążyć do zmniejszenia liczby prywatnych samochodów, niezależnie od napędu. I szerzej, że najlepszą drogą do neutralności klimatycznej jest zmniejszenie konsumpcji. Tyle tylko, że spadek konsumpcji nie byłby atrakcyjnym trendem dla inwestorów....
Jako zarządzający funduszem jestem bardziej zainteresowany tym, co może się wydarzyć, niż tym, co osobiście uważam, że powinno się wydarzyć. Pozostając przy motoryzacji: zgadzam się, że potrzebujemy mniej samochodów, zwłaszcza że możliwość pracy zdalnej zmniejsza naszą potrzebę przemieszczania się. Nie sądzę jednak, by świat zmierzał w tym kierunku. A jeśli tak jest, to elektryfikacja transportu jest krokiem we właściwym kierunku, zwłaszcza w połączeniu z dekarbonizacją źródeł energii. W Wielkiej Brytanii prawie nie korzystamy już z energii węglowej, a coraz więcej naszej energii pochodzi ze źródeł odnawialnych. W tych warunkach samochody elektryczne są znacznie mniej emisyjne niż te z silnikami spalinowymi. Prawdą jest, że ich produkcja wymaga wielu rzadkich surowców, podobnie jak produkcja ogniw fotowoltaicznych itp. Dlatego inwestujemy również w spółki, które wydobywają te surowce, ale dekarbonizują ich produkcję. W naszym portfelu posiadamy akcje spółki Antofagasta, która całą swoją energię elektryczną pozyskuje ze źródeł odnawialnych, czyli dostarcza miedź w sposób jak najbardziej przyjazny dla środowiska.
W jaki sposób oceniacie to, czy działalność firmy jest pożądana na drodze do neutralności klimatycznej globalnej gospodarki?
Każdy analityk, który rekomenduje spółkę do naszego portfela, musi ocenić ją w skali od jednego do pięciu pod względem odpowiedzialności środowiskowej oraz społecznej i ładu korporacyjnego (ESG), gdzie jeden oznacza wynik „najlepszy w swojej klasie”. Ponadto nakładamy wagi w zależności od tego, jak istotne są działania firmy w zakresie przeciwdziałania zmianom klimatycznym. Oprócz tego przeprowadzamy analizy jakościowe z wykorzystaniem danych, które firmy raportują na przykład do MSCI (dostawca indeksów giełdowych – red.). Dwie liczby są dla nas szczególnie ważne. Pierwszą z nich jest udział „zielonych przychodów” w przychodach ogółem. Chcemy, aby udział ten wynosił co najmniej 50 proc., aby firma kwalifikowała się do naszej kategorii „rozwiązań”. To jest około 60 proc. naszego portfela.
Czym są zielone przychody?
Posłużę się przykładem. W przypadku wspomnianej Antofagasty za zielone uznajemy przychody ze sprzedaży miedzi producentom samochodów elektrycznych, energii odnawialnej itp. W przypadku producenta turbin wiatrowych cała ich sprzedaż byłaby uważana za zieloną.
Drugim kryterium wyboru spółek do portfela, które jest dla nas szczególnie ważne, są emisje, których ich działalność pozwala uniknąć. Budowa wiatraka sama w sobie ma znaczny ślad węglowy. Wymaga zużycia masy stali, betonu, włókna węglowego, metali ziem rzadkich i innych surowców. Ale wiatrak podłączony do sieci energetycznej dostarcza energię, która w przeciwnym razie pochodziłyby ze spalania węglowodorów. Są to „niedoszłe emisje”. Staramy się policzyć je dla każdej spółki w naszym portfelu, choć w przypadku tych na początku łańcuchów wartości dodanej jest to dość trudne. Podejście to pozwala nam również porównywać firmy w ramach jednej branży. Na przykład farma wiatrowa w Indiach pozwala uniknąć większej emisji niż ta sama farma we Francji, gdzie produkcja energii jest czystsza.
Wspomniał pan, że firmy oferujące rozwiązania problemów związanych ze zmianami klimatu stanowią około 60 proc. portfela. Co jest w pozostałych 40 proc.?
Są to firmy przechodzące transformację lub umożliwiające transformację innym. Tak więc, po pierwsze, obejmuje to firmy, które obecnie mają co najmniej 20 proc. zielonych przychodów lub wydatków kapitałowych, ale wkrótce osiągną próg 50 proc. przychodów. Po drugie, firmy, które umożliwiają transformację innym, na przykład firmy zajmujące się surowcami. Wiemy, że wydobycie miedzi nie jest zeroemisyjne, ale bez niego droga innych firm do zeroemisyjności byłaby zamknięta. Do tej kategorii zaliczamy również na przykład firmę Cadeler, norweskiego producenta statków do instalacji morskich turbin wiatrowych. Jest to przemysł ciężki, z konieczności dość wysokoemisyjny, ale bez niego transformacja nie byłaby w ogóle możliwa.
Proces doboru spółek do waszego funduszu wydaje się bardzo skomplikowany. Czy w wyniku tego procesu powstał portfel znacząco inny – a przede wszystkim lepszy z punktu widzenia troski o klimat – od MSCI ACWI, który jest dla państwa indeksem odniesienia? Z państwa raportów wynika, że spółki z MSCI ACWI zmniejszają emisję CO2 średniorocznie nawet szybciej niż spółki z waszego portfela.
Powtórzę: redukcja emisji przez spółki z naszego portfela jest ważna, ale nie najważniejsza. Dla nas ważniejsze jest to, ilu emisji udało się uniknąć dzięki tym spółkom. Gdybym po prostu chciał mieć portfel akcji o niskiej emisji, mógłbym inwestować w spółki technologiczne, finansowe, opieki zdrowotnej, usługowe – wszystkie te, które nie mają fabryk. Tyle tylko, że taki portfel, choć byłby niskoemisyjny, nie przyczyniłby się tak bardzo do zielonej transformacji. Wręcz przeciwnie, gdyby każdy chciał mieć takie spółki w swoim portfelu, zwiększyłoby to koszt kapitału dla firm, które produkują dość brudne rzeczy, ale są potrzebne innym w transformacji. Krótko mówiąc, przeważamy wiele sektorów, które mają duży ślad węglowy – np. surowce i przemysł – ale sprawiają, że inne sektory są mniej energochłonne. Ilość emisji unikniętych przez spółki z naszego portfela jest ponad dziesięć razy większa (w tonach ekwiwalentu CO2 na 1 mln USD inwestycji) niż emisje samych spółek.
To paradoks: wasze spółki są emisyjne, aby inne mogły być mniej emisyjne.
Tak, to pragmatyczne podejście, ale ma ono również sens finansowy: popyt na towary i usługi umożliwiające transformację będzie rósł. Mamy więc zarówno bodziec finansowy, jak i etyczny, związany z troską o planetę.
Czy ten bodziec finansowy nie sprawi, że inne fundusze akcji upodobnią się do państwa produktu, tylko bez całej tej analityki, bez ograniczającego je mandatu inwestycyjnego? Inaczej mówiąc: czy wyższe stopy zwrotu z „zielonych” spółek sprawią, że wszystkie fundusze się „zazielenią” i przestaniecie się wyróżniać?
Każda spółka ma swoją cenę. Gdyby wszyscy inwestorzy zaczęli kierować się w stronę tych spółek, które uważamy za atrakcyjne, wówczas akcje innych spółek potaniałyby. Stałyby się one ponownie atrakcyjne dla inwestorów kierujących się wyłącznie motywacją finansową i ignorujących motywację etyczną. Oznacza to, że tacy inwestorzy nie trafialiby do portfela takiego jak nasz. W pewnym sensie masz jednak rację. Zielone spółki, ze swoimi dobrymi perspektywami wzrostu i obietnicą wysokich zwrotów, przyciągają wielu zarządzających. Nie martwi mnie to: większy popyt na akcje, w które inwestujemy, tylko nam pomaga.
Wspomniał pan o tym, że bierzecie pod uwagę nie tylko oddziaływanie firm na środowisko, ale też inne aspekty ESG. Ten termin – środowiskowa, społeczna i zarządcza odpowiedzialność biznesu – coraz częściej uchodzi za chwyt marketingowy. Krytycy tego trendu twierdzą, że spółki pozorują działania w duchu ESG, żeby przyciągać inwestorów. Inwestorzy instytucjonalni udają z kolei, że kupują tylko akcje odpowiedzialnych spółek, żeby skusić klientów. Czy nie lepiej koncentrować się tylko na aspekcie środowiskowym, klimatycznym, korzystając z tego, że takie oddziaływanie firm da się przynajmniej z grubsza oszacować?
Moim zdaniem wybieranie do portfela spółek odpowiedzialnych w szerokim tego słowa znaczeniu to po prostu dobra inwestycja. Nie wierzę, że firma, która jest źle zarządzana, nie jest transparentna, źle traktuje pracowników i klientów, nie szanuje swojego środowiska itp., może mieć dobre perspektywy. John Templeton był zresztą jednym z pierwszych inwestorów, którzy to zrozumieli.
W latach 60. i 70. nie inwestował w spółki, których działalność uważał za szkodliwą w taki czy inny sposób, np. w firmy tytoniowe.