REKLAMA
REKLAMA

Parkiet PLUS

Wirus ASF stresuje giełdowe spółki mięsne

Produkcją mięsa zajmuje się dziś kilka giełdowych spółek. Problem ASF ich nie dotyczy – jeszcze.
Foto: Bloomberg
Foto: GG Parkiet

Polska branża mięsna ma wspólnego wroga, który utrudnia rozwijanie biznesu i eksportu, ogranicza zyski. Jest nim posuwający się z wolna ze wschodu Polski na zachód wirus afrykańskiego pomoru świń (ASF). Choć ta szalenie zakaźna choroba dotyczy jedynie świń i dzików, a dla człowieka jest całkowicie niegroźna – dla producentów mięsa, od rolników po finalnych wytwórców wędlin, jest ogromnym problemem.

Czym jest ASF

Foto: GG Parkiet

Aby podać, w jak trudnej sytuacji stawia dziś wirus AFS branżę mięsną, w tym notowanych na giełdzie producentów mięsa i wędlin, takich jak Gobarto, ZM Henryk Kania czy spółkę Tarczyński, trzeba wyjaśnić, na czym polega to zjawisko, z którym nigdy wcześniej Polska nie musiała walczyć. Gdy w kraju pojawia się wirus ASF, podobnie jak przy ptasiej grypie, producenci mięsa tracą możliwość eksportowania mięsa za granicę, do krajów, które nie uznają regionalizacji. Chodzi o wielu ważnych dotychczasowych odbiorców polskiego mięsa, w tym wysokomarżowe rynki azjatyckie.

– Straty, jakie już poniosła do dziś gospodarka, można liczyć w miliardach złotych, a konsekwencje utraty czołowych rynków eksportowych będziemy odczuwali jeszcze przez lata – ocenia Roman Miler, wiceprezes Gobarto.

Wirus ASF trafił do Polski z terenu Białorusi i Ukrainy cztery lata temu (gdzie przeszedł z Gruzji), od tego czasu pomału, lecz konsekwentnie przemieszcza się w głąb kraju. ASF to choroba dzików i świń, która jest bardzo zaraźliwa – do przeniesienia jej wystarczą nawet resztki wędlin. Po Polsce przenoszona jest głównie przez dziki, ale niestety w rozprzestrzenianiu się jej pomagają też często, niechcący – ludzie. Znane są przypadki, gdy wirusa na ubraniu przenieśli myśliwi, osoby zajmujące się usuwaniem padłych z lasów dzików czy kierowcy.

Do chwili oddania artykułu do druku w Polsce jedynie w 2018 r. zanotowano ponad tysiąc przypadków ASF u dzików i kilka nowych ognisk ASF u świń, od początku epidemii od 2014 r. zanotowano ponad 108 przypadków zachorowań zwierząt hodowlanych.

Choroby zwierząt z pozoru nie wydają się tematem giełdowym. Notowania giełdowe producentów mięsa wyglądają na razie na odporne na pojawiające się komunikaty o postępach wirusa. Ostatni przypadek ASF u świń został odkryty pod koniec lutego, ale kursy akcji zarówno Gobarto, jak i Kani czy Tarńczyńskiego w zasadzie się nie zmieniały – zmieniały wartość o kilka–kilkanaście groszy.

Mimo to temat jest niezwykle palący dla producentów trzody chlewnej – ponieważ pojawienie się ASF w ich zakładach oznacza dla firm kolosalne straty. Największe ryzyko polega na tym, że jeśli wirus dotrze do miejsc, w których koncentruje się polska produkcja trzody chlewnej, czyli regionu Wielkopolski, Łodzi i Pomorza, zdaniem ekspertów może to zaszkodzić całej produkcji wieprzowiny w Polsce. Tam bowiem znajduje się dziś 65 proc. polskiego pogłowia trzody. A w Wielkopolsce ma swoje zakłady mięsne m.in. giełdowy Gobarto. Służby weterynaryjne są świadome ryzyka. Jak przyznał przed miesiącem w rozmowie z „Rzeczpospolitą" Krzysztof Jażdżewski, zastępca głównego lekarza weterynarii, jeżeli wirus znajdzie się w województwach, które przodują w hodowli świń, dla hodowców będzie to ogromnie trudna sytuacja.

Wielkie koszty unikania wirusa

W razie wykrycia wirusa na terenie chlewni wszystkie zwierzęta muszą zostać utylizowane. To także problemy dla sąsiednich producentów – dookoła zakładu dotkniętego ASF wytyczany jest obszar zapowietrzony (o promieniu minimum 3 km) i następnie obszar zagrożony (najmniej 7 km). Mięsa z tego obszaru nie można sprzedawać. Zakład musi być zdezynfekowany, a choć producenci dostaną za to częściowe odszkodowania, to tracą zyski, a sama produkcja może zostać ponownie uruchomiona dopiero po 40 dniach od dezynfekcji.

ASF to także koszty dla całej branży mięsnej, nawet z rejonów wciąż niedotkniętych wirusem, bo wykrycie ASF w kraju prowadzi do drastycznego ograniczenia możliwości sprzedaży świń, a zwłaszcza eksportu. To właśnie spowodowało, że polscy producenci stracili możliwość eksportowania wieprzowiny na dobrze płatne rynki azjatyckie. Zostało jeszcze kilka rynków zagranicznych, które uznają regionalizację (akceptują mięso z Polski, poza regionami, w których występuje ASF). – Wystarczy, że na północnych granicach Wielkopolski znajdzie się chory dzik i automatycznie całe województwo nie sprzeda wieprzowiny do Stanów Zjednoczonych czy Kanady, czyli ostatnich krajów, które jeszcze chcą z nami handlować – ostrzega Miler.

Branża mówi też nieoficjalnie nawet o zakładach mięsnych, na których sieci handlowe wymuszają brak współpracy z producentami mięsa z regionów zagrożonych wystąpieniem ASF, grożąc zerwaniem współpracy.

Płynie czas i pieniądze

Choć mija czwarty rok walki z ASF, wciąż nie wypracowano skutecznego sposobu na usunięcie go z kraju. Kiedyś Holandia poradziła sobie z nim w ciągu kilku miesięcy. Ale sytuacja tam była zupełnie inna, bo w Holandii ASF dotyczył głównie świń. Wybito wszystkie stada w kraju i następnie po kilku miesiącach odnowiono produkcję. W Polsce, jak pokazują dane Głównego Inspektoratu Weterynarii, ASF roznoszony jest po kraju przez dziki. Walkę z ASF utrudnia zarówno brak lekarstwa, jak i szczepionki, a wreszcie dochodzi do tego nie najlepsza koordynacja prac.

Jak powiedział „Parkietowi" unijny komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności Vytenis Andriukaitis, na poszukiwanie szczepionki na ASF Unia Europejska wydała już więcej pieniędzy niż na szczepionkę na ebolę, a mimo to remedium wciąż nie zostało znalezione.

Na pytanie skierowane do producentów, czy ich zdaniem Polska skutecznie walczy z wirusem, odpowiadają, że niestety nie. – Brak zdecydowanych działań i zaangażowania struktur państwa spoza branży trzody chlewnej doprowadziło do rozprzestrzeniania się wirusa – mówi Roman Miler, wiceprezes zarządu Gobarto.

Od kwietnia w całym kraju wdrażany jest natomiast intensywnie program bioasekuracji. I ten program, zdaniem spółki ZM Henryk Kania, to najskuteczniejsza droga do przywrócenia równowagi na krajowym rynku. Firma zastrzega, że ma zdywersyfikowane dostawy mięsa, a poza rynek unijny nie eksportuje, więc ASF bardzo jej nie zagraża – Naszym zdaniem najlepszą formą walki z ASF są inwestycje w bioasekurację hodowli i edukację rolników, jak tę asekurację wdrażać. Kluczowa jest też kontrola hodowli pod kątem przestrzegania zasad bioasekuracji – mówi Dominika Rąba, wiceprezes spółki.

Ministerstwo Rolnictwa forsuje krytykowaną przez większość ekspertów budowę płotu na wschodniej granicy Polski. Płot o długości tysiąca kilometrów obejmie granicę Polski z Ukrainą i Białorusią, prace potrwają nawet cztery lata, a podatnik zapłaci za to 300 mln zł, prace rozpoczną się we wrześniu.

Zdaniem Milera trudno jednoznacznie ocenić ten pomysł. – Dzisiaj nie rozmawialibyśmy o zasadności postawienia płotu, gdyby zgodnie z postulatami branży powstał on przed lutym 2014 r. – mówi wiceprezes Gobarto. Zauważa, że wirus przekroczył Wisłę, ważną naturalną barierę, i można założyć, że będzie przemieszczał się dalej na zachód. A jednak kraje za wschodnią granicą Polski nie zwalczają ASF tak zdecydowanie jak Polska, Białoruś nawet nie ujawnia danych nt. choroby. – Dlatego uważamy, że ogniska ASF za wschodnią granicą będą potencjalnym zagrożeniem, stąd decyzja o budowie płotu nie jest zupełnie pozbawiona sensu – mówi Miler. Postuluje jednak inne rozwiązania. – Uważamy, że większe efekty w walce z ASF od płotu przyniesie dofinansowanie służb nadzorujących proces hodowli, ruch graniczny, skupienie się na dostosowaniu lub likwidacji tych stad, które nie spełniają warunków bioasekuracji. Dodatkowo konieczna jest szeroka edukacja społeczeństwa, bo największym zagrożeniem jest nieświadomy człowiek, nawet niezwiązany z branżą – podkreśla wiceprezes Gobarto. Przykład nieświadomego rozwożenia wirusa podał komisarz Andriukaitis – pracownicy z Ukrainy, którzy zabrali ze sobą w drogę do Czech kanapki z wędliną. Resztki kanapek znalazły prawdopodobnie dziki, w ten sposób właśnie wirus dotarł do czeskiego lasu, omijając jednak Słowację.

Już to przerabialiśmy

Nawet zażegnanie problemu, choć na razie nic nie zapowiada zniknięcia ASF z Polski, nie rozwiązuje wszystkich trosk producentów żywności. Z grypą ptasią zmagała się w ubiegłym roku polska branża drobiarska, a wraz z nią – Indykpol. Spółka należy do grona pięciu polskich firm, które mogły eksportować mięso drobiowe do Chin. Ptasia grypa to zawiesiła, a powrót trwa już rok. – Wygaszenie ujawnionych w ubiegłym roku ognisk zajęło zaledwie kilka miesięcy, natomiast odzyskanie uprawnień eksportowych do niektórych krajów trzecich, mimo dużego wsparcia ze strony Ministerstwa Rolnictwa – niestety nieco dłużej – mówi Krystyna Szczepkowska, rzecznik Indykpolu. Odzyskiwanie rynków trwa, z Japonią już się udało, Chiny nadal każą czekać. – Z uwagi na okresowe ograniczenie dostępu do niektórych rynków dynamika eksportu polskiego drobiu w 2017 r. była niższa niż w latach poprzednich – dodaje Szczepkowska. Do przewidywanej walki z ASF należy jeszcze dodać okres odzyskiwania zaufania kontrahentów.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA