Gospodarka - Świat

The Asahi Shimbun: Buddyjskie rzeźby to chodliwy towar

W Japonii rozwija się czarny rynek kradzionych... buddyjskich posągów. – Jest nieskończony popyt na buddyjskie rzeźby.
Foto: Bloomberg

Są one najpopularniejszymi antykami. Po prostu chodziłem do kapliczek i je kradłem. Zabrałem co najmniej 30 posągów – wspomina 60-letni złodziej z miejscowości Yaizu, w prefekturze Shizouka. Utrzymuje, że kradnie te rzeźby, by wyjść z długów. Ma o tyle ułatwioną robotę, że w Japonii jest coraz więcej opuszczonych kapliczek (na co wpływ ma malejąca i starzejąca się populacja kraju). Złodziej wspomina, jak ukradł posąg Senju Kannon (żeńskiej inkarnacji Buddy Współczucia o tysiącu rąk). Mierzył on 1 m wysokości i pochodził z okresu Muromachi (1338–1573). – Był ciężki. Ciężki jak dziecko – opowiada stary złodziej. Gdy przyniósł rzeźbę do sprzedawcy, zapytano go tylko, czy jest kradziona. – Nie, zabrałem ją z opuszczonej świątyni – powiedział złodziej. I to wystarczyło. O ile duże domy aukcyjne wymagają olbrzymiej dokumentacji dotyczącej historii danej rzeźby i jej właścicieli, o tyle mniejsze sklepy często nie zwracają na to uwagi. Liczą na to, że prawdziwy właściciel nie zgłosi się po posąg. Diler dzieł sztuki z prefektury Kyoto kupił posąg Senju Kannon za 500 tys. jenów (16,7 tys. zł). Na aukcji mógł on pójść dziesięć razy drożej. Tym razem jednak policja wytropiła skradzioną rzeźbę i wsadziła do więzienia jej złodzieja za kradzież pięciu posągów.


Wideo komentarz