REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Warto zdobywać licencje. Najważniejszą jest CFA

Gościem Andrzeja Steca był makler (nr 94), doradca (nr 3), analityk CFA: Maciej Bombol, szef rady nadzorczej PFR TFI.
Foto: parkiet.com

Poznaliśmy propozycje gospodarcze PiS: 500+ na pierwsze dziecko, trzynasta emerytura, brak PIT do 26. roku życia itd. To pozytywna informacja dla gospodarki?

Jestem nastawiony pozytywnie. Gdy startowało obecne 500+, były głosy, że to niepotrzebne wydawanie pieniędzy. Czas pokazał, że to jest bardzo dobry program. Poprawił się poziom życia wielu Polaków. Natomiast z punktu widzenia gospodarki nakręciło to konsumpcję, która była głównym motorem wzrostu gospodarczego w Polsce w 2018 r. W tym roku będzie zresztą podobnie.

Nie zabrakło zachęt do inwestowania? Może rosnąca konsumpcja będzie wspierała import.

Polityka gospodarcza premiera Morawieckiego jest spójna. Są też zachęty dla inwestycji. Wymienione propozycje to kolejny sygnał, że PiS dba o ludzi i chce, żeby Polakom żyło się lepiej. Wierzę, że nie są to obietnice bez pokrycia, tylko dobrze przemyślane i policzone. Pamiętajmy też, że spodziewane jest spowolnienie gospodarcze. W poprzednim roku wzrost PKB to 5,1 proc., w tym szacuje się na poziomie 3,8 proc. Program PiS powinien wesprzeć gospodarkę i spowolnienie może być mniejsze, niż dziś zakładamy. Być może dzięki temu wzrost będzie powyżej 4 proc.

Inwestorzy finansowi nie obawiają się stanu budżetowego?

Ryzyko oczywiście jest. Wprowadzenie całego pakietu, który może kosztować nawet 30 mld zł, to kwota, która zapewne zwiększy deficyt budżetowy. Jednak ciągle będziemy na bezpiecznych poziomach deficytu. Nie sądzę, żeby to miało istotny wpływ na zachowanie inwestorów.

Rynek kapitałowy przeżywa swoje trudne chwile od kilku lat. Warto dzisiaj zostać finansistą?

Jestem za zdobywaniem licencji. Najważniejszą z nich jest CFA. Trzeba zachęcać młodych ludzi do zdawania tego egzaminu. To międzynarodowy tytuł, który otwiera drogę do kariery, niekoniecznie na rynku kapitałowym. Możliwości pracy są olbrzymie, nie tylko w zarządzaniu aktywami czy analizach. Egzamin na maklera powinno się traktować raczej jako wstęp do licencji CFA.

Pracownicze plany kapitałowe przyjmą się w Polsce?

Na pewno tak. Jestem fanem tego programu. Tak jak kiedyś OFE bardzo rozwinęło rynek kapitałowy, teraz PPK może zrobić to samo. Oczywiście w dłuższej perspektywie. Jeżeli mówimy o pierwszych kilku latach, to wpływ PPK będzie raczej umiarkowany. Napływ na rynek akcji będzie na poziomie 1 mld zł w tym roku. Dopiero w dłuższej perspektywie może osiągnąć kilkanaście miliardów rocznie. Ważne jest to, że w perspektywie ośmiu–dziesięciu lat mamy szansę, żeby aktywa zgromadzone w PPK były wyższe niż dzisiaj zgromadzone w OFE.

W czym może pomóc ten program?

Najważniejsze jest budowanie oszczędności emerytalnych Polaków, które nadal mamy na niskim poziomie. Z różnych względów nie wyszło z OFE, chociaż pomysł był dobry. PPK ważne są też z punktu widzenia przyciągnięcia nowych kapitałów na rynek. Inwestorzy zagraniczni przyglądają się. Jeżeli PPK odniesie sukces, to będą lepiej postrzegać polski rynek kapitałowy. To jest również niepowtarzalna okazja, żeby przyciągnąć na rynek kapitałowy wiele milionów uczestników. Większość Polaków będzie musiała się zastanowić, gdzie inwestuje swoje pieniądze. Nie bez znaczenia jest też walor edukacyjny programu i odbudowa zaufania do rynku kapitałowego. Z kolei dzięki PPK na giełdzie będą większe obroty i płynność. To zachęci inwestorów zagranicznych oraz emitentów do wchodzenia na rynek. Dzięki PPK giełda ma szansę się rozwinąć.

Co powinniśmy zrobić z OFE?

Nie ma idealnego rozwiązania. Wierzę, że premier dokona właściwego wyboru i te pieniądze nie zostaną przejęte jak w 2014 r. Problemem jest też to, że obecnie OFE inwestują prawie wyłącznie w akcje. Dopóki mamy hossę, to nie jest problem. Gdy nastąpią większe spadki, może się okazać, że OFE stracą dużą część aktywów. Dlatego wolałbym, żeby nasze pieniądze z OFE zostały przekazane np. na IKZE.

Przez wiele lat działał pan w TFI. Słychać głosy, że prywatne TFI mają pod górkę, wszystko się kanibalizuje. Te niepokoje są przesadzone?

Niestety, rynek dla mniejszych prywatnych TFI jest coraz trudniejszy. Obawiam się, że tak będzie dalej. Przyszłość jest pod znakiem zapytania. Dlaczego? Decydującym elementem są kwestie regulacyjne, które w długim okresie będą korzystne dla całego rynku TFI. Niestety, są dziś problemem dla mniejszych, prywatnych TFI. Chodzi np. o MIFID2. Jej wprowadzenie powoduje, że duże sieci bankowe zastanawiają się, czy nie ograniczyć sprzedaży tylko do swoich produktów czy produktów swojego TFI. Są coraz większe ograniczenia dotyczące dystrybucji funduszy zamkniętych, co powoduje, że coraz trudniej znaleźć pomysł na nowe produkty. Są też regulacje ograniczające opłaty za zarządzanie w funduszach. Z punktu widzenia inwestorów jest to oczywiście bardzo dobry ruch. Przez wiele lat opłaty w funduszach krajowych TFI były na relatywnie bardzo wysokim poziomie. W końcu przepisy prawa wymuszą obniżenie opłat. Gdy powstały regulacje, pierwsze TFI zaczęły znacznie obniżać opłaty.

Ale zwiększały opłaty dystrybucyjne.

Tak, ale z punktu widzenia klienta jest to dużo korzystniejsze. Opłaty za zarządzanie w krajowych funduszach akcyjnych były zwykle na poziomie 4 proc., kiedy na Zachodzie to 1,5 proc. w skali roku. Jeżeli ktoś inwestuje przez dziesięć lat w fundusze akcji, to skumulowane opłaty są bardzo duże. Przez tak wysokie opłaty inwestorzy nie mogli osiągać w funduszach akcyjnych oczekiwanych stóp zwrotu. To zniechęcało do inwestowania, bo głównymi beneficjentami nie byli inwestorzy, tylko TFI czy sieci dystrybucji, które przejmowały nawet 70 proc. opłaty za zarządzanie.

Kwestia kryzysu na rynku mniejszych TFI jest tylko regulacyjna?

Nie, także reputacyjna. Było wiele afer, które mocno nadwerężyły zaufanie do prywatnych TFI. Jest też kwestia zaufania do sieci dystrybucji. Oferowano obligacje GetBacku jako coś, co jest równie bezpieczne jak lokata bankowa. Pamiętam, jak w 2007 r. sprzedawano 70-latkom inwestycje w fundusze małych i średnich spółek pod hasłem „po co pan trzyma pieniądze na lokacie bankowej, skoro można zarobić w miesiąc 20 proc., a w rok 70 proc.". Wszyscy wiemy, jak się to skończyło.

Nawet udzielali kredytów pod zakup funduszy akcji.

W pogoni za prowizjami nagle się okazało, że sprzedawcy samochodów, biżuterii czy AGD trafiali do banków i sprzedawali emerytom fundusze akcji MŚP. Kończyło się to często tragicznie. Po tych przykrych doświadczeniach, kiedy wiele osób zostało oszukanych, wydawało się, że ta lekcja się nie powtórzy. Jednak niestety podobna historia powtórzyła się kilka razy.

W ostatnich tygodniach mamy poprawę nastrojów na światowych parkietach. Mamy szansę na kontynuację hossy, która trwa kilkanaście lat?

Tak długa hossa to ewenement. Wiadomo, że kiedyś hossa się skończy, a ta trwa wyjątkowo długo. Jednak nie ma istotnych przesłanek makroekonomicznych, które sugerowałyby, że ta hossa w tym roku się skończy. Jest duże prawdopodobieństwo, że hossa na rynkach światowych potrwa jeszcze w tym i przyszłym roku. Nie ma obaw, że wyceny spółek amerykańskich są zbyt wysokie i jest to jakaś bańka. Wyceny są na poziomie długoterminowych średnich. Rynki wschodzące są wyceniane znacznie niżej niż S&P 500. Wyceny są na tyle rozsądne, że raczej za wcześnie na koniec hossy.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA