Przeciętny Polak nie pasjonuje się takimi dyskusjami. Jest mu raczej wszystko jedno, czy inflacja ma przede wszystkim charakter podażowy (zewnętrzny) czy popytowy, czy faktycznie mają na nią wpływ głównie czynniki przejściowe. Martwi się rosnącymi cenami w sklepach, coraz wyższymi rachunkami związanymi z utrzymaniem domu, drożejącymi usługami. Z niepokojem obserwuje też, jak topnieją jego oszczędności.
Na wzrost cen nie mamy żadnego wpływu (notabene prezes NBP twierdzi, że bank centralny teraz także nic nie może zrobić). Możemy najwyżej starać się zmieniać swoje zwyczaje zakupowe. Ale oszczędności nie musimy trzymać na lokatach przynoszących realne straty. Są przecież inne możliwości.
Warto zainteresować się funduszami inwestycyjnymi, zwłaszcza tymi lokującymi środki w akcje (funduszom obligacji trudno będzie teraz osiągnąć dobre wyniki). Można też spróbować samemu kupić akcje, zaczynając przygodę od spółek, które znamy i których biznes ma szanse dobrze się rozwijać. Jeśli dysponujemy większym kapitałem, dostępny dla nas jest również rynek nieruchomości, zwłaszcza że przy zakupie można posiłkować się bardzo tanim teraz kredytem.
Oczywiście, to nie są niezawodne maszynki do pomnażania pieniędzy. Kursy akcji nie zawsze idą w górę. Funduszom niejednokrotnie zdarzają się straty; i to nie tylko akcyjnym. Odsetki od kredytu hipotecznego w przyszłości mogą wzrosnąć i stać się nadmiernym obciążeniem dla domowego budżetu (nigdy nie wolno zadłużać się do granic zdolności kredytowej).
Wybór jest właściwie taki: albo z góry zgadzamy się na realne straty z lokat, albo inwestujemy z nadzieją na zyski, nie wykluczając, że po drodze mogą pojawić się spadki wartości portfela.