Nawet rząd twierdzi, że emerytury z ZUS będą bardzo niskie. Paweł Borys, szef Polskiego Funduszu Rozwoju, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" tłumaczył, że system emerytalny powinien być stabilny, przejrzysty i złożony z trzech filarów, czyli emerytury dożywotniej z ZUS, prywatnego kapitałowego filara pracowniczego w postaci PPK i PPE oraz filara indywidualnego: IKE i IKZE. To docelowy kształt naszego systemu emerytalnego?
Międzynarodowa Organizacja Pracy i Bank Światowy zalecają wszystkim państwom, żeby ich systemy emerytalne składały się co najmniej z tych trzech filarów. Obok filara powszechnego, którym zarządza administracja państwowa i który gwarantuje państwową dożywotnią emeryturę, powinny funkcjonować pozostałe filary, czyli ten organizowany przez pracodawców dla ich pracowników, oraz ten, który jest wyrazem własnej zaradności przyszłych emerytów.
Przez ostatnie 20 lat nie dopracowaliśmy się takiego trójfilarowego systemu. W naszym systemie funkcjonował tak naprawdę jeden filar ZUS-owski. Filar dla pracowników organizowany przez pracodawców (czyli pracownicze programy emerytalne) rozwijał się bardzo wolno, nie miał charakteru powszechnego. Podobnie jak trzeci filar dotyczący indywidualnych oszczędności, czyli IKE i IKZE. Remedium w tej sytuacji miało być wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych. Miało to pobudzić i rozwinąć drugi filar. Sprawić, że ludzie, którzy w przyszłości będą mieli niskie emerytury z ZUS, zgromadzą dodatkowe oszczędności.
To się udało?
Niestety nie. PPK stały się produktem elitarnym, dla bogatych, którzy obok wcale nie najniższych emerytur z ZUS będą mieli wyższe świadczenia dzięki pieniądzom, jakie uzbierają w ramach PPK. Najbiedniejsi, najsłabsi, najmniej zarabiający wycofali się z PPK, bo był to dla nich zbyt duży koszt. Osoby te nadal pozostają tylko w jednym filarze systemu emerytalnego.
Da się jakoś rozruszać i upowszechnić PPK?
W programie tym jest rozwiązanie, dzięki któremu osoba zarabiająca do 1,2-krotności najniższego wynagrodzenia może mieć niższą wpłatę do PPK. Od początku uważaliśmy jednak, że takie osoby trzeba do PPK zapisać obowiązkowo, wprowadzić zerową wpłatę po ich stronie i zostawić 1,5-proc. wpłatę od ich wynagrodzenia po stronie pracodawcy. Dzięki temu zaczęłyby gromadzić jakikolwiek dodatkowy kapitał na czas emerytury. Można było to skoordynować z obniżką stawki PIT z 18 do 17 proc. wprowadzoną w 2019 r.
Gdyby wtedy zdecydowano się na takie rozwiązanie, mielibyśmy dziś w PPK dodatkowo kilka milionów osób budujących swoją przyszłość emerytalną. Do dziś odłożyłyby w sumie kilka miliardów złotych. Tak się nie stało.
Warto jeszcze wprowadzać taką zmianę?
Myślę, że tak. Dane dotyczące poziomu uczestnictwa w PPK pokazują, że właśnie w grupie osób z bardzo niskimi dochodami należy szukać potencjału do zwiększenia partycypacji. Grupa ta jest największym wyzwaniem w procesie budowy kapitału emerytalnego.
Naprawdę nie musimy się martwić o osoby, które pracują w Warszawie, w dużych korporacjach. One świetnie sobie poradzą. Przedmiotem troski państwa powinno być to, żeby osoby, które dziś zarabiają najmniej i w przyszłości będą miały najniższe emerytury, były dodatkowo wspierane. Jeśli dziś nie wprowadzimy rozwiązań, które najbiedniejszym pomogą budować kapitał, to za kilka, kilkanaście lat będziemy mieli do czynienia z bardzo populistycznymi hasłami, że trzeba wypłacać 13., 14., 15., a może i kolejne emerytury z ZUS. Dzisiaj jest jeszcze moment na podjęcie działań w tej sprawie.
A co z wiekiem emerytalnym? Jest u nas za niski?
Absolutnie tak. Komisja Europejska bardzo często podkreśla, że wyzwania demograficzne, które dotyczą także naszego kraju, wiążą się z koniecznością zwiększania liczby osób na rynku pracy. I nie ma innej możliwości niż podnoszenie wieku emerytalnego. Mówimy tu o projektowaniu systemu emerytalnego dla osób, które będą odchodziły na emerytury za 20, 30 lat. Wtedy trudniej będzie mówić, że ktoś przez całe życie pracował w bardzo trudnych warunkach, bo prawdopodobnie branża górnicza zostanie już wygaszona. Pewnie wciąż będą ludzie, którzy ciężko pracowali, ale dla nich szukajmy uwzględniających to rozwiązań. Może powinna to być jakaś forma emerytur stażowych lub pomostowych. Jednak dla większości osób podnoszenie i zrównywanie wieku emerytalnego powinno być czymś naturalnym. Musimy to przygotować i wprowadzić.
Jak upowszechnić IKE i IKZE? Ulgi podatkowe nie rozpędziły tych programów.
Mało tego, zapowiadane podniesienie kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł sprawi, że IKZE będzie jeszcze mniej opłacalne niż dzisiaj, bo ulga podatkowa będzie niższa.
Wydaje się, że dla osób, które chciałyby uczestniczyć w dobrowolnym gromadzeniu kapitału emerytalnego, musimy szukać oferty skrojonej znacznie bardziej indywidualnie. Na przykład żeby można było inwestować w ciekawe fundusze, z gwarancją bezpieczeństwa pieniędzy. Z drugiej strony jakaś część podwyżek wynagrodzeń powinna być za każdym razem obowiązkowo przeznaczana na budowanie długoterminowych oszczędności, by podwyżki nie były w całości przeznaczane na konsumpcję. W wielu krajach tak to działa. Nie wiem, czy to dobry moment, ale skoro rośnie płaca minimalna, może należy wprowadzić rozwiązanie, że część tej podwyżki będzie obowiązkowo trafiać na IKE czy IKZE pracownika.
Musimy wprowadzić zmiany adresowane do różnych grup społecznych, tak by zarówno ten zamożny, jak i ten z mniejszymi zasobami mogli budować swoje oszczędności. Dopiero wtedy będziemy mogli mówić, że nasz system jest trójfilarowy. Dziś mamy system jednofilarowy, a drugi i trzeci filar dopiero budujemy. Nie możemy więc mówić, że spełniamy międzynarodowe standardy w tym zakresie. Większość świadczeniobiorców otrzymuje dziś emerytury tylko z ZUS, a nie z trzech filarów, co jest rozwiązaniem pożądanym i docelowym.
Jest jeszcze problem OFE. Ich likwidacja poprzez przeniesienie aktywów na IKE miała pomóc odbudować zaufanie Polaków do długoterminowych programów oszczędzania organizowanych przez państwo. Na razie nic z tego nie wyszło. Może warto wrócić do tego pomysłu?
Nie. Dziś zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich jest pozostawienie OFE w obecnym kształcie. Dla państwa jest to dobre rozwiązanie, bo w ramach suwaka bezpieczeństwa co roku do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych będzie wpływało 6–7 mld zł. Dla uczestników rynku kapitałowego jest to zabezpieczenie przed rewolucją, choćby przed zagrożeniem przejęcia prywatnych firm przez państwo. Dla instytucji finansowych brak likwidacji OFE oznacza brak potrzeby rebrandingu, dostosowywania się do nowych wymogów prawnych. I wreszcie członkowie OFE mają pewność, że zgromadzone tam pieniądze są, pozostaną i podlegają dziedziczeniu, a po ukończeniu przez nich 60. czy 65. roku życia będą wchodziły w skład emerytury dożywotniej. Za chwilę minie pięć lat od czasu, gdy Jarosław Kaczyński zapowiedział likwidację OFE. Skoro przez ten czas nie udało się tego zrobić, to choć OFE nie są idealne, wydaje się, że po prostu należy je zostawić. ¶