WIG20 traci niecałe 1%, co oznacza dotarcie mniej więcej do połowy wczorajszej świecy. Wydaje się, że dopóki to wsparcie broni się kupujący nie mają powodów do niepokoju. Ale też warto przypomnieć, szczególnie ze względu na sytuację na światowych giełdach, to co działo się w końcowej fazie spadków z lata ub.r. Wtedy też w połowie lipca doszło do imponującego wzrostu, następnego dnia w pierwszej połowie notowań nie było zbyt wielu chętnych do sprzedawania, ale ostatecznie sesja zakończyła się zniesieniem całej zwyżki i w konsekwencji rozpoczęciem dynamicznego impulsu zniżkowego. Teraz nie ma jeszcze podstaw, by taki wariant uznawać za prawdopodobny, ale w związku z trwającą na światowych giełdach bessą trzeba go uwzględniać w swoich rachubach. Tym bardziej, że trudno wskazać jednoznaczny powód tak nagłego zainteresowania polskimi akcjami.

Trzeba przyznać, że ocena obecnego układu sił na warszawskim rynku nie jest łatwa. Moja koncepcja szybkiego ataku na 1061, a potem 1040 pkt. została w dużym stopniu zanegowana. Ma ona jeszcze szansę na realizację w momencie gdyby dzisiejsze zamknięcie zabrało większość wczorajszego wzrostu, co oznaczałoby, że był on pewną pułapką. Jeśli jednak popyt utrzyma dziś kursy ponad połową wczorajszej świecy trzeba będzie na dłużej zweryfikować swoje pesymistyczne nastawienie do rynku bez względu na brak ku temu racjonalnych przesłanek.

Potwierdzeniem siły kupujących, jaką zaobserwowaliśmy wczoraj, stanie się ewentualne przełamanie 1140 pkt. Wtedy możliwe stanie się trwalsze ocieplenie koniunktury.

Na giełdach eurolandu trwa przecena, która potwierdza słuszność przypuszczeń, że rozpoczęły one prawdopodobnie końcową, ale też najbardziej dynamiczną część tegorocznej przeceny.