Czy Polsce grozi kryzys finansowy? Część ekonomistów uważa, że jest to bardzo prawdopodobne, bo wyniki handlu zagranicznego pokazują, jak niska jest konkurencyjność naszej gospodarki. Wystarczy zbieg kilku złych wiadomości makroekonomicznych, aby inwestorzy zaczęli uciekać z kraju, a złoty tracił na wartości. Taka sytuacja może nastąpić już w listopadzie, gdy rząd przedstawi projekt przyszłorocznego budżetu.

Ostatnio wyraźnie pogarsza się atmosfera wokół polskiej gospodarki. Banki inwestycyjne jeden po drugim zaczęły publikować niekorzystne dla nas prognozy, wskazujące na możliwość załamania kursu złotego i ? spowodowane tym ? kłopoty finansowe państwa. Wprawdzie analitycy HypoVereinsbanku widzą w Polsce lidera wzrostu w przyszłym dziesięcioleciu, jednak jest to jeden z niewielu pozytywnych sygnałów.Co się stało?To pogorszenie się opinii o Polsce przyszło w chwili, gdy ? jak się wydawało ? kłopoty zaczęły znikać. Inflacja po wzroście do 11,6% w lipcu zaczęła spadać. W sierpniu wyniosła 10,7%. Prognozy zakładają dalsze obniżanie wskaźnika wzrostu cen do ok. 9% na koniec roku. Także inny niepokojący wskaźnik, czyli deficyt na rachunku obrotów bieżących, poprawia się ? po osiągnięciu najwyższego poziomu w marcu, gdy sięgnął on 8,3% PKB, zaczął maleć. Wprawdzie w sierpniu wskaźnik ten wyniósł 7,7% PKB, a więc wzrósł w stosunku do lipca (7,5% PKB), jednak prognozy zakładają jego spadek. Według wiceprezesa NBP, Ryszarda Kokoszczyńskiego, na koniec roku ten deficyt obniży się do nieco ponad 7% PKB, wobec 7,6% na koniec 1999 r.Poza tym podaż pieniądza jest pod kontrolą, a tempo przyrostu kredytów, choć wciąż wysokie, jednak maleje. Na dodatek udało się spowolnić popyt krajowy, który od kilku już kwartałów rośnie wolniej niż gospodarka.? Inwestorzy jednak widzą, że spadek popytu oraz deficytu obrotów bieżących dokonuje się dzięki ostrej polityce pieniężnej, czyli w najdroższy sposób ? mówi Bogusław Grabowski, członek Rady Polityki Pieniężnej.To za małoEkonomiści wskazują, że to wszystko jest za mało. Wprawdzie na razie gospodarka rozwija się w zadowalającym tempie, ale wyraźnie zwalnia ? wg GUS, w I kwartale wzrost PKB wyniósł 6%, w drugim zaś ? 5,2%. Jest to m.in. skutek utrzymywania się wysokich stóp procentowych. W rezultacie można się już ? zdaniem ekonomistów ? pożegnać z tegorocznym wzrostem PKB o 5,2%, a w przyszłym roku będzie jeszcze gorzej. Rząd wstępnie zakładał, że w 2001 r. wzrost PKB będzie wyższy od zaplanowanego na ten rok, ale już wiadomo, że ta prognoza zostanie zrewidowana w dół. Z ust analityków coraz częściej padają szacunki, że bliższy rzeczywistości byłby przyszłoroczny wzrost PKB rzędu 4%.Za spowolnienie tempa wzrostu odpowiada nie tylko restrykcyjna polityka pieniężna NBP. Główną przyczyną jest niska konkurencyjność polskiej gospodarki. Objawem jest właśnie powolny spadek deficytu na rachunku obrotów bieżących.Po kryzysie rosyjskim za gwałtowne narastanie deficytu winiono załamanie handlu z Rosją, a także niskie tempo wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej, głównego partnera handlowego Polski. Jednak po kryzysie Rosja szybko zaczęła się rozwijać, a także w UE nastąpiło znaczne przyspieszenie. Analitycy oczekiwali, że Polska skorzysta i z jednego (poprzez szybką odbudowę handlu z Rosją), i z drugiego (zwiększony popyt w UE miał zaowocować wyższym eksportem). Tymczasem te prognozy nie spełniają się do końca. Eksport w tym roku rósł szybciej niż import, jednak znacznie poniżej oczekiwań, co skutkuje bardzo powolnym obniżaniem się poziomu deficytu na rachunku obrotów.? Jeżeli nie możemy zyskać na wzroście w UE bliskim 3% PKB, to co będzie, gdy się on obniży? ? pyta Krzysztof Rybiński, główny ekonomista ING Barings.Na dodatek trzeba pamiętać o wysokich cenach ropy naftowej i słabym euro, co jeszcze bardziej pogrąża handel. Z jednej strony, import ropy staje się coraz bardziej kosztowny, co powiększa dziurę w deficycie, z drugiej, tanie euro nie pomaga eksporterom w walce o rynek, a na dodatek obniża wpływy z handlu, który w statystyce rozlicza się w dolarach.Wizerunkowi Polski szkodzi także polityka, a konkretnie ? wybory. W tym roku prezydenckie, w przyszłym ? parlamentarne, co utrudnia przeprowadzenie potrzebnych gos-podarce reform. K. Rybiński wskazuje, że układ kalendarza wyborczego jest taki, że jeśli te zmiany nastąpią, to dopiero w roku 2002, wcześniej bowiem nikt nie będzie chciał sobie psuć wizerunku społecznego, wprowadzając np. ostrą politykę fiskalną, co odbije się na transferach socjalnych.Do tej pory tę dziurę w handlu udawało się w stopniu zadowalającym finansować napływem inwestycji zagranicznych. W tym roku, według prognoz Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych, zagraniczne inwestycje bezpośrednie w Polsce powinny być rekordowo wysokie i wynieść 11?12 mld USD, wobec 8,9 mld USD w roku ubiegłym. Jednak Bogusław Grabowski z Rady Polityki Pieniężnej wskazuje, że znaczna część tych wpływów to pieniądze z prywatyzacji. A to źródło zaczyna się wyczerpywać ? w tym roku przychody powinny wynieść, wg planów budżetowych, 20,1 mld zł, a później będą już maleć.Co z budżetem?W przyszłorocznym budżecie rząd musi zapisać m.in. wcześniejszą waloryzację rent i emerytur (co ma kosztować ok. 5 mld zł), zwiększone dotacje dla gmin z powodu błędu przy wyliczaniu wysokości podwyżek dla nauczycieli. Ciągle nie jest znany w pełni stan finansowy ZUS-u. Fakt, że Zakład znowu zaciąga pożyczki wskazuje, że wzrost ściągalności składki nie jest wystarczający, aby zapewnić mu środki na bieżącą działalność, nie mówiąc już o spłacie zeszłorocznych długów. W 1999 r. ZUS pożyczył z banków komercyjnych ponad 3 mld zł. Na dodatek konstrukcja dotacji, mającej uzupełnić utratę wpływów ZUS z powodu wprowadzenia reformy emerytalnej, jeszcze bardziej zaciemnia obraz jego finansów. ZUS wykorzystuje tę dotację w całości, mimo że nie przesyła takich samych kwot funduszom emerytalnym. Tłumaczy, że wysokość składek dla OFE została przeszacowana w budżecie, za to niedoszacowano wysokości ubytku dochodów po wprowadzeniu tzw. trzydziestokrotności (jeśli dochody ubezpieczonego przekraczają równowartość 30 średnich pensji krajowych, nie płaci on składek emerytalnych). J. Bauc zapowiada, że konstrukcja tej dotacji zostanie zmieniona. ZUS będzie dostawał dwie dotacje ? jedną na składki przekazywane do OFE, drugą ? na trzydziestokrotność. Może to wyjaśnić stan finansów ZUS, ale także spowodować wzrost dotacji podstawowej.Poza tym nie są znane zobowiązania ZUS wobec OFE, czyli wobec ubezpieczonych. Według szacunków PARKIETU, pod koniec tego roku mogą one przekroczyć 2 mld zł. Gdy ZUS zostanie wreszcie zmuszony do pokrycia niedoborów, konieczność wypłaty tak dużych sum wraz z odsetkami może poważnie obciążyć budżet państwa.Do tego dochodzą wysokie koszty obsługi długu publicznego, spowodowane wysokim kursem dolara oraz poziomem stóp w NBP, a także konieczność normalnej waloryzacji rent i emerytur o wskaźnik bliski inflacji. Tymczasem Sejm odrzucił rządowe projekty zmiany do ustawy o podatku od towarów i usług, co może oznaczać spadek dochodów państwa o 1,5 mld zł w przyszłym roku.Tymczasem przy konstrukcji budżetu na rok 2002 te problemy mogą jeszcze wzrosnąć, zwłaszcza jeśli wpływy z prywatyzacji drastycznie spadną. Tym bardziej że przyrost dochodów budżetu będzie mniejszy wskutek wolniejszego tempa wzrostu gospodarczego oraz niższej ? najprawdopodobniej ? inflacji. Na dodatek, jeśli przy obecnym tempie wzrostu gospodarczego narasta bezrobocie, to będzie ono jeszcze większe przy niższym tempie, co wywoła naciski na zwiększenie transferów socjalnych. Wreszcie w 2002 r. Polska zacznie spłacać zwiększone raty zadłużenia zagranicznego.Wystarczy tylko kilka złych informacjiPrzy takiej skali narastających problemów wystarczy tylko kilka negatywnych informacji, by zagraniczni inwestorzy zaczęli uciekać z Polski. Taki niekorzystny zbieg okoliczności może mieć miejsce już w przyszłym miesiącu. W listopadzie rząd przedstawi projekt budżetu na przyszły rok. Jeżeli okaże się, że inwestorzy uznają go za nierealny albo za mało satysfakcjonujący, może to oznaczać znaczny spadek wartości złotego. Na początku listopada NBP poda dane o stanie rachunku obrotów bieżących we wrześniu. Zdaniem K. Rybińskiego, deficyt będzie większy niż sierpniowy i wyniesie 1?1,1 mld USD. Będzie to oznaczało, że trend spadkowy się odwrócił. Wreszcie w połowie przyszłego miesiąca dostępne będą dane o inflacji w październiku. Jeśli okażą się niekorzystne, po raz kolejny oddali się szansa na obniżkę stóp procentowych.Do tego wszystkiego jeszcze mogą dojść kiepskie wyniki przetargu na UMTS, z którego wpływy mają wspomóc przyszłoroczny budżet (kwotą 7 mld zł). ? Gdyby okazało się, że przetarg skończy się fiaskiem, może być to sygnał, że zaczynają się poważne problemy ? powiedział K. Rybiński.Jednak, jego zdaniem, taki scenariusz jest mniej realny niż ostre załamanie kursu złotego w przyszłym roku. ? Nie jest to mój scenariusz podstawowy, ale prawdopodobieństwo ostrego załamania kursu złotego w przyszłym roku, nawet o 20% w skali jednego miesiąca, oceniam na ponad 40% ? stwierdził. Jego zdaniem, zagraniczni inwestorzy mają aktywa równe ok. 70% rezerw walutowych kraju, które obecnie wynoszą niespełna 27 mld USD.Bogusław Grabowski, członek RPP, twierdzi, że kryzys, polegający na ostrym spadku złotego, nam nie grozi. Broni Polskę przed tym płynny kurs złotego. ? RPP po to dążyła do upłynnienia złotego, bo przy ciągłym dopływie informacji ekonomicznych zmiany kursu nie mają nagłego charakteru ? powiedział.Poza tym, polska gospodarka już miała czas przyzwyczaić się do tej zmienności, co ułatwia jej szybsze dostosowanie. Tymczasem w krajach, w których doszło ostatnio do kryzysów finansowych, waluty były albo związane z dolarem lub marką, albo poruszały się w dość wąskim paśmie, a gospodarki nie były przyzwyczajone do zmienności kursów. Jednak, zdaniem B. Grabowskiego, wcale nie jest wykluczony powolny, ale długotrwały spadek kursu złotego. ? Jeżeli się nie zmieni polityka gospodarcza ? zastrzega.Zdaniem K. Rybinskiego, dalszy scenariusz będzie taki: Po znacznym spadku wartości złotego, co ma bezpośrednie i bardzo szybkie przełożenie na inflację, RPP podnosi stopy procentowe o kilkaset punktów bazowych. To z kolei oznacza spadek inwestycji (obecnie wciąż one rosną, ale dynamika jest coraz słabsza), wzrost gospodarczy spada albo zamiera, rośnie bezrobocie. To z kolei odsuwa wejście Polski do UE.? A po co Unii Europejskiej kraj, który ma tak wysokie bezrobocie i niskie tempo wzrostu? ? mówi K. Rybiński. ? Zamiast wejścia w 2005?2006 r., co prognozują rynki finansowe, wchodzimy dopiero w 2010.Tak nie będzieTe negatywne prognozy nie są oczywiście formułowane przez wszystkich. Zdaniem Grzegorza Wójtowicza, analizy banków inwestycyjnych czasami sprawiają wrażenie, jakby ich autorzy nie do końca wiedzieli, o czym piszą. Zwraca uwagę, że polska gospodarka pokazała już, że jest odporna nie tylko na czynniki zewnętrzne, ale także na sytuację polityczną w kraju. Poza tym, wg niego, nie ma możliwości szybkiej ucieczki kapitału z Polski.? Do tych aktywów, które mogą uciec z kraju, wliczane są także inwestycje giełdowe, a o ile się znam na parkiecie, z takich inwestycji nie wychodzi się jednego dnia ? powiedział. ? Dlatego ocena tych wskaźników musi być spokojna.Także prezes NBP, Hanna Gronkiewicz-Waltz, w piątkowej wypowiedzi dla PARKIETU stwierdziła, że niektóre analizy są tendencyjne i przygotowane po to, aby opóźnić wejście Polski do UE. Zastrzegła jednak, że potrzebna jest ostrzejsza polityka fiskalna i szybsze ograniczanie deficytu budżetowego.Zdaniem K. Rybińskiego, przede wszystkim należy ograniczyć transfery socjalne, czyli m.in. zmniejszyć wysokość zasiłków chorobowych i przedemerytalnych, a być może ? nawet ograniczyć tempo waloryzacji rent i emerytur. B. Grabowski wskazuje, że przyczyną niskiej konkurencyjności gospodarki są wysokie koszty pracy, co oznacza konieczność uelastycznienia rynku pracy. Nie tylko chodzi tutaj o możliwość łatwiejszego zwalniania, a co za tym idzie ? zatrudniania pracowników, ale zmianę otoczenia rynku. Kolejne wyzwania to szybsza prywatyzacja zaniedbanych poprzednio gałęzi gospodarki: energetyki, górnictwa, przemysłu chemicznego itd. Na to musi się także nałożyć demonopolizacja wielu sektorów i zwiększenie konkurencji. ? Zwiększenie konkurencyjności znacznie odciążyłoby politykę pieniężną ? mówi B. Grabowski.Ten punkt widzenia popiera także G. Wójtowicz. ? Moim zdaniem, potrzebna jest druga transformacja ? powiedział. ? W pierwszej polityka fiskalna i pieniężna wymuszały zmiany w gospodarce. Teraz, bez drugiej transformacji, polityka pieniężna i fiskalna nie będą po prostu skuteczne.Kryzys i tak zreformujeWszystkie kraje, które przeżyły ostatnio załamania finansowe, po okresie stagnacji czy recesji, notują obecnie szybki wzrost gospodarczy. Wynika to z faktu, że kryzys wymusił na nich przemiany strukturalne, których nie udało się dokonać wcześniej. Podobnie może być w Polsce ? gdzie bankructwa firm wymuszą liberalizację rynku pracy i rynku wewnętrznego, a stagnacja dochodów budżetowych ? reformę finansów publicznych i cięcia w wydatkach socjalnych. Jeśli więc nie będzie szybkich zmian w gospodarce, to i tak one nastąpią, wymuszone kryzysem.? Ale jakim kosztem? ? pyta K. Rybiński. ? Utraty 5% wzrostu PKB w jednym roku i tyluż ? w następnym?

Stanowisko NBPCytowane na podstawie materiałów Deutsche Banku dane o zadłużeniu zagranicznym Polski w latach 2000-2001 budzą poważne wątpliwości. Obecny stan zadłużenia, wynoszącego na koniec I kwartału br. 63,8 mld dolarów (o 41 mln USD mniej niż w końcu 1999 r.) i tendencja jego zmian wskazują, że wielkości opublikowane przez Deutsche Bank są zbyt wysokie. Ważna jest także struktura zadłużenia zagranicznego i niski udział zadłużenia krótkoterminowego.W bilansie płatniczym, w obrotach bieżących pozycja, dochody, zawiera spłaty odsetek od zadłużenia zagranicznego, a w rachunku kapitałowym i finansowym zawarte są spłaty kapitału. Oznacza to, że spłaty zadłużenia wpływają na wielkość deficytu w obrotach bieżących i na strukturę finansowania tego deficytu w obrotach kapitałowych. Ponadto należy zwrócić uwagę, że mimo deficytu na rachunku obrotów bieżących rezerwy dewizowe utrzymują się od dłuższego czasu na stabilnym poziomie.Gwałtowna korekta kursu walutowego przy funkcjonującym od kwietnia br. kursie płynnym jest mało prawdopodobna. Kurs płynny powinien zapobiegać gwałtownym i trwałym wahaniom kursu złotego, tym bardziej że zarówno analitycy, jak i uczestnicy rynku mają dostęp do podstawowych informacji gospodarczych dotyczących Polski i nie powinno dochodzić do nieoczekiwanych i ostrych zmian nastrojów.Uwzględniając wszystkie przedstawione powyżej fakty oraz tendencje, nie wydaje się, aby prawdopodobieństwo wystąpienia zagrożenia niewypłacalnością było wysokie.(Jest to odpowiedź na pytanie PARKIETU o prognozy zawarte w raporcie DB z 27 lipca).

Marek Siudaj