Jeszcze zaledwie przed rokiem o amerykańskiej gospodarce pisano wyłącznie z podziwem. Przy czym chodziło nie tylko o rzeczywiście imponujące tempo jej wzrostu, ale o to, że wzrost ten odbywał się przy jednoczesnym spadku zarówno inflacji, jak i bezrobocia, co wcześniej w kapitalizmie nie zdarzało się.Im zjawisko wydawało się trwalsze, tym więcej było oczekiwań, że rozwój gospodarczy nie będzie już podlegał cyklicznym wahaniom. Uzasadniano to między innymi niesłychaną komputeryzacją amerykańskiej gospodarki, a więc pojawieniem się nowej ekonomii.Amerykański model nieskrępowanego kapitalizmu przechodzi zatem ciężką próbę. Walą się kursy na giełdach, a spółki zwalniają ludzi. Ale John Plender z ?Financial Times? utrzymuje, że niczego lepszego jeszcze nie wymyślono. Zwraca przy tym uwagę, że elementem tego modelu była coraz większa rola giełdy w USA. Niemal nieprzerwanie rosnące kursy akcji zmniejszały koszty pozyskania kapitału, co prowadziło do gwałtownego wzrostu inwestycji właśnie w technologię. Szacuje się, że w latach 1995?2000 amerykański biznes wydał na komputery od 50 do 300 mld USD. Stanowiło to ponad 10% wzrostu amerykańskiej produkcji.Inwestowano jednak ponad miarę i teraz deficyt finansowy sektora przedsiębiorstw wynosi ponad 2% produktu krajowego brutto i jest największy od dziesięcioleci.Zmniejszyły się też oszczędności amerykańskich gospodarstw domowych jako procent dochodu będącego do ich dyspozycji. W roku 1984 wskaźnik ten wynosił 10,6, a w tym roku ma spaść do minus 0,3%. Amerykanie zaniechali tradycyjnego oszczędzania oszołomieni efektem bogactwa płynącego ze stale rosnących kursów akcji. W styczniu inwestycje gospodarstw domowych w akcje i fundusze powiernicze wyceniano na 9 bln USD.Wyjątkowo duża rola giełdy w amerykańskiej gospodarce powoduje teraz większą niż gdzie indziej nierównowagę. Mnóstwo przedsiębiorstw już odczuwa negatywne skutki spadku kursów, zwłaszcza na Nasdaq. Od Motoroli z nowej gospodarki do Procter & Gamble ze starej tysiące ludzi jest zwalnianych z pracy w sposób nie spotykany ani w Unii Europejskiej, ani w Japonii. Akcjonariusze zaś nie wiedzą, czy prezesi spółek ratują jedynie własną skórę, czy też przystępują właśnie do długoterminowej restrukturyzacji, która przyniesie zyski.Tak więc okazało się ? konkluduje John Plender na łamach ?Financial Times? ? że również nowoczesny amerykański model ma wady zarówno makro-, jak i mikroekonomiczne. Ale też reszta świata nie powinna oceniać tego zbyt surowo. Bez amerykańskiego deficytu handlowego Azja przecież nie wyszłaby z niedawnego kryzysu. Ameryka wiąż eksportuje na cały świat swoje technologiczne wynalazki. Krótko mówiąc, amerykański model może i ma wady, ale ? jak to W. Churchill mawiał o demokracji ? niczego lepszego jeszcze nie wymyślono.
J.B., ?Financial Times?