Prezesi amerykańskich telekomów mają się dobrze

Mimo drastycznej przeceny walorów branży telekomunikacyjnej, która sprowadziła kursy wielu akcji do parteru, szefowie poszczególnych koncernów nie odczuli tego w swoich portfelach ? wynika z sondażu przeprowadzonego wśród 73 największych amerykańskich firm przez agencję Ecomp. Średnio w okresie ostatnich 12 miesięcy każdy z tego grona zarobił 8,7 mln USD.Czołówkę najlepiej opłacanych prezesów działających w USA spółek telekomunikacyjnych otwiera stojący na czele Sprint Corp. William Esrey (na fot.). Jego zarobki w wysokości 60,7 mln USD (bez bonusów) stoją w pewnej sprzeczności z ponad 70-proc. spadkiem cen akcji firmy. Kolejne przykłady to koncern AT&T oraz wyodrębnione z niego na fali deregulacji rynku telekomunikacyjnego tzw. baby bells. Mike Armstrong z AT&T zainkasował w minionych 12 miesiącach 32,5 mln USD, Ivan Seidenberg z Verizon Communications Inc. 47 mln USD, Ed Whitacre (SBC Communications Inc.) 32,8 mln USD, a Duane Ackerman (BellSouth Corp.) 20,6 mln USD.Analitycy zwracają uwagę, że jeszcze niedawno było to nie do pomyślenia. Na początku lat 80. ówczesny prezes AT&T John deButts wprowadził zasadę bezwzględnej zależności uposażenia członków kierownictwa koncernu nie tylko od wyników finansowych, ale i notowań giełdowych firmy. Obowiązywała ona jeszcze krótko po podziale koncernu w 1984 r., za rządów następcy deButtsa, Charlesa Browna. Kiedy jednak wyodrębnione z monopolisty spółki rozpoczęły własną karierę giełdową, wszystko zostało zapomniane. W ostatnich 12 miesiącach kursy wspomnianych ?baby bells? spadły średnio o 32,4%, podczas gdy indeks odniesienia ? Standard & Poor?s 500 ? tylko 9,1%.

W.K., Bloomberg