Inwestorzy wierzą w różne rzeczy. Jedni w to, że nastąpi hossa, inni - że będzie wręcz przeciwnie. U źródeł tej wiary leżą różne przesłanki. Jedni czerpią ją z analizy technicznej, inni - z fundamentalnej. Najgorszy jest jednak ten rodzaj wiary, który wynika z już zajętej pozycji.
Schemat ten wygląda mniej więcej tak. Jeśli już podjęliśmy decyzję (obojętnie, na jakiej podstawie) i kupiliśmy akcje spółki X (a więc uwierzyliśmy w jej fundamenty, wskaźniki lub formacje), staramy się umocnić swoją wiarę, że decyzja ta była słuszna, i czynimy to, używając zarówno argumentów racjonalnych lub mających pozór racjonalności, jak i stosując chwyty zupełnie niegodne profesjonalnego inwestora, a doskonale znane wszystkim psychologom. Powrót do rzeczywistości bywa w takich przypadkach bardzo brutalny, gdyż do przewartościowania naszych poglądów dochodzi pod wpływem radykalnego przewartościowania naszej inwestycji.
Opisany mechanizm (pułapka) wiary nie jest przypadłością charakterystyczną jedynie dla inwestorów indywidualnych. Ulegają jej również profesjonalni analitycy i zarządzający funduszami. Zdarzają się sytuacje, gdy również w ich przypadku działa magia wiary, i to na ogromną, globalną wręcz skalę.
Jednym z przykładów jest, oczywiście, internetowe szaleństwo, oparte na przeświadczeniu, że mamy do czynienia z rewolucją zmiatającą wszelkie dotychczasowe prawa rządzące ekonomią, przedsiębiorczością oraz tradycyjne zasady prowadzenia biznesu. Skutki tego zauroczenia, by nie powiedzieć - zaślepienia wiarą w nową ekonomię, doprowadziły do katastrofy, bo jak inaczej nazwać to, co stało się z kursami ogromnej większości internetowych firm.
Mieliśmy tutaj jednak do czynienia z dość rzadko występującym zjawiskiem, gdy wiara inwestorów silnie wpływała na tak fundamentalne - wydawałoby się - parametry, jak wycena akcji firm czy koszt kapitału. Trudno bowiem zrozumieć graczy kupujących akcje o wskaźniku cena/zysk np. 350 lub analityków rekomendujących nabywanie takich walorów (choć motywów postępowania tych ostatnich w wielu przypadkach można się domyślać). Jeszcze trudniej zrozumieć takie postępowanie w przypadku profesjonalnych inwestorów, którzy angażują swoje (i nie tylko swoje) kapitały w przedsięwzięcia, dla których C/Z nie można wyliczyć, gdyż brakuje im jednego z niezbędnych elementów, czyli zysku. Za to drugi (cena) występuje w nadmiarze.