Popularny "Elek" jest dla wielu z nas spółką szczególną. W zamierzchłych czasach był synonimem innego świata, czego wyrazem był (i jest) warszawski wieżowiec z dumnym neonem na dachu (podchodziło się pod samą ścianę, gapiąc w górę i czuło się cień jak na Manhattanie).
- Dzisiaj zagram defensywnie - mawiał mój kolega przed kolejnym zleceniem kupna akcji Elektrimu. Kilka lat później zaczęto mówić o nim w kategoriach spekulacyjnych.
Mógł być wzorowym polskim koncernem. Przez dłuższy czas funkcjonował jak bank inwestycyjny. Tyle że trochę mało efektownie. Zmieniał strategie. Efekt jest taki, że konia z rzędem temu, kto potrafi zdecydowanie określić, czym jest Elektrim dzisiaj. Czym chce być i czym będzie za rok, dwa, pięć. Oczywiście, jeśli będzie.
I za to wszystko trudno Elka kochać. Jednak gdyby kolejne złowieszcze analizy o ewentualnym poślizgu Elka miały okazać się prawdziwe, byłoby fatalnie. Bo to papier - symbol. I na pewno jedna z najlepiej znanych inwestorom zagranicznym spółek. A co za tym idzie - jeden z symboli naszego rynku.
Żale są oczywiste, ale sentymenty - też. Poza tym giełda bez Elka? Tyle atrakcji mniej?